[ Pobierz całość w formacie PDF ]

prostu jestem zmęczona, ten dzień był taki długi
i ciężki. Nic się nie stało. Boże święty, co ja mówię!
Przecież się stało, i to coś strasznego...
Jej głos zadrżał.
- Znajdę ją, Shannon. A oni na pewno nie zrobią
jej krzywdy.
- To są czerwononodzy.
- Ale Fitz chce mieć ją żywą. Domyślasz się
przecież, dlaczego ją uprowadzili.
- %7łeby zwabić Cole'a.
- Tak. I dlatego nic jej nie zrobią, bo inaczej
stałaby się dla nich bezużyteczna. Wszystko będzie
dobrze, Shannon.
56
Skinęła głową, Malachi cofnął rękę. Ale jego
wzrok, pełen zadumy, nadal był utkwiony w Shan-
non. Wydawało się, że nie ma już ochoty na jedzenie.
A ona... ona próbowała się zmusić, żeby zapomnieć
o dotyku jego gorących palców.
- Smakowało ci? - spytała, kiedy talerz był pusty.
- Bardzo.
- Cieszę się. Może jeszcze wina?
- Z przyjemnością, panno McCahy.
Napełniła jego kieliszek. Malachi wypił łyk, wes
tchnął i wypił do dna, po czym wstał od stołu.
Shannon natychmiast zerwała się z krzesła.
- Już jedziesz?
- Tak, już jadę.
- Przyniosę ci prowiant. Proszę, to twój płaszcz
i kurtka od munduru. Malachi, nie powinieneś jechać
w tej kurtce do Kansas. Może dam ci inną?
- A dlaczego?Panno McCahy, czy nie słyszała
pani, że wojna się skończyła? Tak przynajmniej
mówią ludzie.
- Tak przynajmniej mówią ludzie - powtórzyła
jak echo Shannon.
Uśmiechnął się i leciutko dotknął jej policzka.
Odwróciła się szybko.
- Przyniosę prowiant.
- Dziękuję.
Zrobiła krok, nagle Malachi złapał ją za rękę
i przyciągnął do siebie.
Na głowie miał już swój kapelusz z piórami, na
ramionach płaszcz konfederacki. W przymrużonych
oczach wesołe iskierki.
57
- Dziękuję, panno McCahy, to była bardzo miła
kolacja, dzięki pani uroczej osobie. I niezależnie od
tego, co się dalej wydarzy, chciałbym, żeby pani
wiedziała, że sprawiła mi wielką przyjemność.
Słowa były naprawdę niezwykłe, ponieważ wy
szły z ust Malachiego Slatera. Shannon nerwowo
skinęła głową i cofnęła się o krok.
- To ja... ja przyniosę prowiant.
- W takim razie spotkamy się przed domem. Ja
pójdę jeszcze spojrzeć na Gabe'a i pożegnać się
z Delilah.
Wpadła do kuchni i chwyciła tobołek z prowian
tem. Wychodząc, wyjęła z kredensu butelkę starej
irlandzkiej whisky ojca.
Malachi zjawił się niebawem.
- Idę po klacz.
- Dobrze. Ja tu czekam.
Patrzyła za nim, póki nie wchłonęła go ciemność.
Wrócił po chwili. Podjechał galopem na swej gniadej
klaczy, ściągnął wodze i czekał, aż Shannon zejdzie
po schodkach i poda mu tobołek z jedzeniem i butelkę
whisky.
- A jak twoja noga, Malachi?
- Dziękuję, moja noga ma się dobrze.
Zapakował jedzenie i whisky do sakwy. Gniada
klacz parskała niecierpliwie.
Shannon odstąpiła od konia. Malachi skinął głową,
zebrał wodze.
- Pilnujcie Gabe'a. Wrócę z Kristin możliwie jak
najszybciej. Mam nadzieję, że Cole dowie się o wszyst
kim i niebawem tu się zjawi, choć to nic pewnego. Ty,
58
w każdym razie, bądz w pogotowiu. Kiedy wrócę
z Kristin, trzeba będzie natychmiast ją stąd gdzieś
wywiezć i ukryć. Oni na pewno przyjadą tu P nią
jeszcze raz.
- Tak, Malachi. Będę w pogotowiu.
- A więc bywaj, Shannon!
Zasalutował, Shannon uśmiechnęła się i pomacha-
ła ręką. Kopyta Heleny zastukały cicho, klacz ruszyła
w ciemność.
Kiedy Malachi znikł w mroku, odczekała jeszcze
chwilę, odwróciła się i jak strzała pomknęła z po
wrotem do domu. Na przebranie się nie było czasu.
Wpadła tylko do swego pokoju, wyciągnęła spod
łóżka sakwy i już zbiegała schodami w dół.
Delilah kręciła się po kuchni. Shannon, wrzuciw
szy do sakwy prowiant, podbiegła do Murzynki
i objęła ją z całej siły.
- Uważaj na Gabe'a, Delilah!
- Och, Shannon, Shannon! Panienka nie powinna
jechać! Myślałam, że on panienkę powstrzyma...
- Nikt mnie nie powstrzyma, Delilah, sama naj
lepiej o tym wiesz. Proszę, obiecaj, że dopilnujesz
Gabe'a.
- Przecież panienka wie, że nie spuszczę go z oka.
- Wiem, wiem. Och, Delilah, niebiosa Was ze-
słały, ciebie i Samsona! Nie wiem, co byśmy zrobiły
bez was!
- Panienka na pewno nie mogłaby teraz wyjechać.
- Delilah, ja muszę jechać. Muszę ratować siostrę.
Cmoknęła Delilah w policzek, chwyciła sakwy
i wybiegła z kuchni. W sieni zatrzymała się na chwilę,
59
szybko zdjęła ze ściany kolta i dopełniła drugą sakwę
amunicją.
Delilah stała nad nią.
- Shannon, dziecko drogie, niech panienka będzie
ostrożna i nie właduje się od razu w jakieś kłopoty.
Panienka słyszy?
Shannon skinęła głową, otworzyła drzwi i wybieg
ła na werandę. Prosto w szeroko otwarte męskie
ramiona. Te ramiona wbiły ją w podłogę, a krzywy,
ironiczny uśmiech skutecznie tarasował drogę.
- Panno McCahy? Czyżby zamierzała pani dzi
siejszy wieczór spędzić poza domem? - spytał, wyj
mując jej sakwy z rąk.
- A tak!
Chwyciła za sakwy, szarpnęła mocno. Uśmiech
znikł, Malachi szarpnął jeszcze mocniej i z pasją
cisnął sakwami o podłogę.
- Malachi...
- Nigdzie nie jedziesz, Shannon.
- Właśnie, że jadę. Nie masz prawa...
- Mam prawo nie dopuścić, żeby pani dała się
zabić, panno McCahy!
Znów się uśmiechnął ironicznie i jednym ruchem
zgarnął ją z ziemi.
- Puszczaj! - wrzasnęła, jak oszalała bębniąc
pięściami po jego plecach. - Ty przeklęty Rebie!
- Zamknij się.
- Ty łajdaku! Kanalio!
Męska dłoń ciężko wylądowała na jej pośladkach. [ Pobierz całość w formacie PDF ]