[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Tony Express zdjął ciemne okulary. Lloyd ujrzał jego niewidzące, białe jak mleko
oczy. Lecz w tej samej chwili poczuł, jak gdyby jakaś jasność została wyssana z jego
własnych oczu; błyszczący obraz, który przyprawił go o oszołomienie.
Lecz mimo to Lloyd był w stanie dostrzec, że oczy Tony ego Expressa zapłonęły
matowym światłem, niczym czterdziestowatowe żarówki. W następnej chwili Tony odwrócił
głowę i popatrzył w drugi koniec salonu.
Lloyd widział już dziś materializację dziewczyny imieniem Gretchen, którą Otto
torturował i zabił. Była ona wyblakłym obrazkiem z dawno minionej przeszłości. Ale i tak
zadrżał, kiedy przesycone światłem słonecznym powietrze w kącie salonu poczęło rozpływać
się i gęstnieć, po czym stopniowo jął się w nim pojawiać migotliwy zarys sylwetki kobiety. I
to nie pierwszej lepszej kobiety. Gdy obraz stał się wyrazniejszy i bardziej kolorowy, ujrzał,
że z całą pewnością jest to Sylvia Cuddy.
Nie miała w sobie więcej treści niż przezroczysty obraz zawieszony w powietrzu.
Nadmiernie przejrzysta, o kolorach tak bladych  kości słoniowej, różu i odcieni nefrytu 
że Lloyd ledwie mógł je rozpoznać. Lecz mimo wszystko była to Sylvia: poruszała się,
kręciła głową i spoglądała na Lloyda oczyma, których smutek sprawił, że poczuł się
potwornie winny. W końcu, gdyby pochopnie nie pożyczył jej libretta Juniusa, wciąż jeszcze
by żyła.
 Sylvia?  zawołał ją.
 & Lloyd, co się&  jej głos przypływał i odpływał, jak gdyby słuchali go na
samym skraju zakresu fal krótkich.
Lloyd powstał i wyszedł jej naprzeciw.
 Przepraszam cię, Sylvio. Tak mi przykro z powodu tego, co się stało.
 & nie twoja wina, to ona&
 Sylvio& czy bardzo cierpisz? Sylvio, posłuchaj mnie! Czy bardzo cierpisz?
 & bez przerwy ten dzień& codziennie ten dzień&
 Jaki dzień, Sylvio?  Stał teraz bardzo blisko, a jednak w dalszym ciągu była taka
przezroczysta, że wydawało mu się, iż lada chwila obraz jej zniknie niczym tafelki kolorowej
żelatyny rozpuszczające się w ciepłej wodzie.
 & dzień śmierci mojego ojca& codziennie& tyle bólu& Tony Express stanął u
boku Lloyda.
 W piekle cierpi się największe męki, jakie kiedykolwiek przechodziło się za życia,
raz za razem i dzień po dniu. Nie wiedziałeś o tym? To jest właśnie piekło. Wy, biali ludzie,
nie macie o niczym pojęcia.
Lloyd zawahał się, nim wreszcie powiedział:
 Sylvio& to libretto, które dałem ci do przejrzenia& libretto Wagnera& czy
mogłabyś je zinstrumentować? Czy mogłabyś mi je zaśpiewać, żebym wiedział, jak powinno
brzmieć?
 & ie rozu&
 Podłóż pod nie melodię, naucz mnie, jak je zaśpiewać! To rozpaczliwie ważne! To
hymn napisany przez Wagnera, by zniszczyć ludzi ognia& by odpokutować za stworzenie
wszystkich salamander!
W końcu Sylvia poczęła kiwać głową, jak gdyby nareszcie pojęła, czego on od niej
chce. Lloyd podszedł do pianina Kathleen, otworzył pokrywę i umieścił kartki rękopisu na
podstawce do nut. Potem odwrócił się z powrotem do szklistego, falującego obrazu Sylvii i
kiedy tak stał w blasku słońca, w jego oczach zakręciły się łzy.
 Spróbuj, Sylvio, proszę.
Przez następne dwie godziny byli świadkami niesamowitej, lecz pełnej uroku sceny.
Obraz Sylvii usiadł przy pianinie, starannie kreśląc nuty ołówkiem, który zdawał się z własnej
woli podskakiwać w powietrzu. Co jakiś czas odgrywała jakąś krótką frazę hymnu na pianinie
i pokój rezonował, jak gdyby nuty były nadawane na wszystkich częstotliwościach we
wszechświecie.
W końcu Sylvia oznajmiła, że skończyła; praca została wykonana: jej instrumentacja i
aranżacja Hymnu pokutnego Wagnera jest tak bliska oryginału, jak tylko leży to w jej
możliwościach.
Tony Express trącił Lloyda łokciem w żebra.
 Magnetofon  przypomniał mu.
 Och, oczywiście  powiedział Lloyd i nastawił sony Kathleen na nagrywanie.
Hymn był pełen pierwotnej potęgi i z ducha bardziej pogański niż chrześcijański. Lecz
miał w sobie subtelnie dzikie piękno i wzbudził w Lloydzie uczucia, jakich nie doświadczał
od lat.
Przebacz pochodnie, które zapaliliśmy
Przebacz nam gniewy i złości.
Przebacz duszom, które ośmieliły się spłonąć
W żarze ognia nieśmiertelności.
Sylvia śpiewała słowa wysoko i czysto, tak wysoko i czysto, że nagle w drzwiach
pojawił się Franklin i stał tam, wpatrując się w pianino jak zahipnotyzowany.
Hymn zamarł. Sylvia odwróciła się w stronę Lloyda i podniosła obie ręce do ust. Jej
oczy były pełne miłości i żalu. Lecz przynajmniej miała teraz szansę uwolnienia się w swym
życiu przyszłym od dojmującej rozpaczy i cierpień.
 & dzenia, Lloyd& pamiętaj, że ja& [ Pobierz całość w formacie PDF ]