[ Pobierz całość w formacie PDF ]

znów na oczyszczonej drodze, kierując się na pomocny wschód. Zdecydował, że
pojedzie wprost do Bantam, spotkać się z Aaronem. Gdyby śnieg zgęstniał, zawsze
mógł poprosić Aarona o przenocowanie go na jednej z jego zrujnowanych sof.
Włączył powtórnie Vivaldiego i zaczął podśpiewywać razem z muzyką. Ale po paru
minutach wyłączył ją, aby porozmyślać o tym, co mogło się stać Benowi Millerowi.
Wyglądało na to, że coś strasznego wisi w powietrzu. Ben mówił o kimś albo o
czymś, co wróciło; Laura Montblat zniknęła; Edward poniósł śmierć w masie
robaków. Teraz Aaron wzywał go na ratunek. Yincent spojrzał na swoje odbicie w
lusterku i zastanowił się, czy nie stał się roznosicielem zarazy, albatrosem
zapowiadającym nieszczęście i trwogę.
Dojechał do Bantam, zaparkował w cieniu gigantycznego dębu Aarona i zesztywniały
wysiadł z wozu. Nikt nie wyszedł mu na spotkanie. Stał na werandzie, rozcierając
ręce i oczekując, aż ktoś zareaguje na dzwonek. W końcu pojawiła się Marcia.
Wyglądała na bardzo wymizerowaną.
 Ach, Yincent  powiedziała.  Jak dobrze, że udało ci się przyjechać! Wejdz.
W domu panowała niezwyczajna cisza i chłód.
 Zdejmiesz płaszcz?  spytała.
Yincent uśmiechnął się na tyle serdecznie, na ile go było stać, i powiedział:
 Jasne, dziękuję ci. Gdzie Aaron?
154
 W pracowni  powiedziała Marcia, pomagając mu zdjąć płaszcz. Jest bardzo
przejęty, Yincent. On uwielbiał tego kota. Zawsze, kiedy pracował, Yan Gogh
siedział tuż przy nim. To stało się tak nagle. I sposób, w jaki się stało...
 Sposób, w jaki się stało?  Yincent zmarszczył brwi.  Co masz na myśli?
 Przepraszam. Sam musisz to zobaczyć.
 Marcia...  zaczął Yincent, ale ona ujęła go za rękę i uścisnęła. Miała łzy w
oczach, co znaczyło  skrzywdzono mnie, nas wszystkich i boimy się, więc proszę,
bądz dla nas dobry".
 Dobrze  powiedział wzdychając.
Przeszedł do pracowni. Paliła się tylko jedna żarówka, daleko, na samym końcu i
w pierwszej chwili Yincent nie sądził, że Aaron gdzieś tam się znajduje. Zwiatło
rzucało ogromne cienie, przepo-czwarzając płótna i sztalugi w garbusów, trolle i
diabły z rogami, a na wpół wyciśnięte tuby farby zmieniały się we wzgórza
wijących się, metalowych robaków. Yincent powoli przeszedł wzdłuż stołu, aż
zobaczył Aarona siedzącego na małym krzesełku malarskim. Obok stała na wpół
opróżniona butelka beaujolais; opuszczoną, rudą głowę trzymał ukrytą w dłoniach.
 A więc  powiedział Yincent  przywołał mnie pan, Mae-stro, i oto jestem.
Aaron nie podniósł wzroku, tylko nalał sobie następną szklankę wina.
Yincent czekał przez długi czas, stojąc z rękami w kieszeniach, usiłując
zachować powściągliwość i spokój, ale kiedy Aaron w dalszym ciągu go nie
zauważał, powiedział:
 Jestem tu, Aaronie. Ale jeżeli nie przywitasz się, nie sądzę, żebym miał
zostać tu dłużej.
Aaron spojrzał w górę, a potem skierował spojrzenie w bok.
 Przepraszam, chyba jestem w szoku, to dlatego.
 Czy zamierzasz powiedzieć mi, co się stało? Aaron skrzywił się i kiwnął głową.
 Nie muszę ci mówić. Pokażę ci.
 Dobrze. Pokaż mi, co się stało.
 Będziesz musiał mi wybaczyć, Yincent. Sam nie mogę na to patrzeć. A kiedy
zobaczyłem to po raz pierwszy, obwiniłem o to ciebie. W każdym razie ciebie i
twoją rodzinę. Ciebie, twojego dziadka i ten cholerny... talizman, ten obraz.
155
 Waldegrave'a?
 Sam zobaczysz.
Z pogardliwym, niewyraznym gestem Aaron wskazał Yincento-wi sztalugę w
najdalszym końcu pracowni. Sztaluga nadal była zasłonięta kapą.
Yincent zrobił parę kroków w jej kierunku, a potem zawahał się.
 O co chodzi?  spytał, czując nagły niepokój.  To chyba... nie zmieniło się?
 Zobacz sam.
Yincent ujął kapę i powoli ściągnął ją z ciemnego obrazu. Był po cichu
przygotowany na jakiś obrzydliwy szok, ale na pierwszy rzut oka obraz wydawał
się taki sam. Ta sama grupa ludzi z bladymi twarzami, ubrana na czarno. Ten sam
czerwony pokój. To samo wrażenie zastygłego rozkładu. Wytworna kolonia
trędowatych w dawno zapomnianej pracowni malarskiej, skazana dzięki talentowi
Waltera Waldegrave'a na wieczne, powolne gnicie.
Yincent obrócił się i powiedział tak ostro, jak tylko potrafił:
 Nie ma różnicy, Aaronie. Zgadza się, jest stary, nie przeczę. Nie zachował się
w dobrym stanie, ale nic poza tym.
Aaron zmierzył go znużonym spojrzeniem człowieka, który wie lepiej.
 Często widywałeś ten obraz, kiedy byłeś chłopcem?
 Tak. I co z tego?
 Nie odwracaj się, tylko powiedz, co kobieta siedząca jako trzecia od lewej
trzyma na kolanach. Yincent spojrzał na niego.
 Powiedz mi  zażądał Aaron łagodnie, ale uparcie.
 Nigdy nie wiedzieliśmy, co to jest  powiedział Yincent chrapliwym głosem.
 Dobrze, nie wiedziałeś, co to jest  zgodził się Aaron.  Ale opisz to.
 To było... jak to nazwać? Kłębek czarnego futra. Małpa, kot, pająk. Nie wiem.
 Popatrz na to teraz.
Yincent powoli odwrócił się i spojrzał. Był zaskoczony, że poprzednio tego nie
zauważył. A jednak był tu: z łapami podwiniętymi pod siebie, zamkniętymi
ślepiami, siedząc wygodnie na podoł-ku pozbawionej twarzy kobiety ubranej w
czerń. Jej dłoń unosiła się
156
zaledwie cal nad jego łbem, jakby miała go pogłaskać. Pomarańczowy kot,
dokładnie taki jak Yan Gogh. W istocie był tak bardzo podobny do Yan Gogha, że
mógł to być tylko Yan Gogh.
Yincent na próbę dotknął wizerunku kota koniuszkami palców; pokryły się gęstą,
różnokolorową farbą.
 Przepraszam  powiedział.  Nie wiedziałem, że jest jeszcze mokry. Zamazałem
go. [ Pobierz całość w formacie PDF ]