[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Zerknął na most. Potem na brzeg. Bardzo wysoko. Zatrważająco wysoko.
Jeśli ona z tego nie wyjdzie, Dylan nigdy nie daruje sobie, że nie naprawił mostu, ani
nie ustawił znaków ostrzegawczych... Nie odpuści sobie, że nie było go przy niej. Nie
wybaczy sobie, że walczył z nią, zamiast błagać, żeby została w Mayford. Wiedział już,
że po kres swoich dni będzie się zastanawiał, jakby im się ułożyło.
Czemu tak uparcie zaprzeczał uczuciom, jakie do niej żywił? Czemu nie spróbował
jedynej życiowej szansy? Może - cudownym zrządzeniem losu - zostałaby z nim w
Mayford.
Zszedł ze skarpy. Gdyby zrobiła jeszcze parę kroków, wpadłaby do wody. Czy tak
byłoby lepiej? Może nie odniosłaby obrażeń, lecz równie dobrze mogłaby wpaść na
podwodne skały i utonąć.
Z bijącym sercem Dylan popędził wzdłuż brzegu, nie zwracając uwagi na krzaki
szarpiące mu ubranie, ani na kamienie leżące na ścieżce. Musiał jak najprędzej do niej
dotrzeć, póki jeszcze nie jest za pózno.
Wziął ją za rękę, szukając pulsu.
- Musisz być cała - powiedział przez zaciśnięte gardło. - Nigdy się nie dowiesz, co
czuję.
Wymacał puls. Dzięki Bogu, był silny. Nic jej nie będzie, powiedział sobie.
- Tess? - Delikatnie dotknął jej twarzy. Ani drgnęła.
- Chodz. - Pochylił się, by zastosować sztuczne oddychanie metodą usta-usta, gdy
nagle Tess jęknęła i przyciągnęła go bliżej.
Ich usta spotkały się. Nie miał czasu na zastanowienie. Pocałowała go tak namiętnie,
że nie miał innego wyboru, jak odwzajemnić pocałunek. Najwyrazniej wcale nie była
ranna, tylko spragniona jego ramion równie silnie, jak on jej.
- Dylan - szepnęła w jego usta, przyciągając go bliżej wyginając w jego kierunku ciało.
- Tak.
Czuł, jak ogarnia go podniecenie. Na takie wezwanie obojętnym pozostałby jedynie
nieboszczyk, a Dylan by) jak najbardziej żywy. Krew zawrzała mu w żyłach, gdy zaczął
badać językiem usta kobiety, która pobudzała go zarówno fizycznie, jak i intelektualnie.
Wtedy nad wszystkim zapanowały zmysły.
Objęła go za szyję i odchyliła lekko głowę. Przesunął ustami wzdłuż policzka,
smakując gładką skórę. W tym momencie nie myślał o niej jako o księżnej, osobie z
zupełnie innego świata. Była kobietą, on mężczyzną, czego najlepiej dowodziły
burzące się w nich hormony.
Uśmiechnęła się zmysłowo i powoli zamrugała.
W następnej chwili wyszarpnęła się z jego objęć, poprawiając cienki materiał bluzki.
- Co się stało? - Oczy miała szeroko rozwarte ze strachu.
- Jak to  co się stało?" - odparł Dylan. - Pocałowałaś mnie.
- Ja cię pocałowałam?
- Nie pamiętasz?
- E... spałam - nasrożyła się i rozejrzała wokół, jakby chciała odzyskać przytomność. -
Pamiętam, że byłeś... że byliśmy... spałam!
- Jak dla mnie, byłaś całkiem przytomna. - Dylan usiłował się nie śmiać. Wierzył, że
mogła być zdezorientowana, lecz dowiedział się, o kim marzy.
Wymieniła jego imię.
- To wcale nie jest śmieszne - oznajmiła Tess.
- W pewnym sensie jest. Przed paroma minutami myślałem, że nie żyjesz.
- I dlatego ranie pocałowałeś?
- Zaczynałem reanimację usta-usta, kiedy to ty mnie pocałowałaś. I nie wiem, czy
spałaś, bo wymieniłaś moje imię.
Zaczerwieniła się po same uszy,
- Może próbowałam cię powstrzymać.
- Raczej nie - roześmiał się. - Zastanawiam się, czy naprawdę spałaś, czy to tylko
wymówka. - Nie myślał tak, ale lubił patrzeć, jak w jej oczach rodzi się błysk oburzenia.
- Zawsze miałam twardy sen - odparła nachmurzona. Znowu poprawiła bluzkę. -
Nawet w dzieciństwie nie budziły mnie burze ani fajerwerki... Mniejsza z tym, nie
muszę się przed tobą tłumaczyć. Tylko dlaczego jako lekarz nie zorientowałaś się od
razu, że śpię?
- Normalnie od razu bym się zorientował, ale leżałaś w pozycji odpowiadającej moim
najgorszym obawom. Widzisz, Helen niechcący naraziła cię na niebezpieczeństwo. -
Pokazał na most. - Tego się właśnie obawiałem.
Tess popatrzyła na most, potem na Dylana.
- I na czym polegało to niebezpieczeństwo?
- Myślałem, że spadłaś na dół. Spojrzała na niego jak na wariata.
- No, nie, Dylan. Kiedy zobaczyłam, jak bardzo zdewastowany jest ten most,
postanowiłam na niego nie wchodzić. To chyba oczywiste.
Oczywiste. Popatrzył z powrotem na most. Teraz, gdy przyjrzał mu się dokładniej,
stwierdził, że belki zawaliły się dawno temu i nikt nie pokusiłby się o przeprawę.
- Nie miałem czasu zbadać mostu.
- Bo byłeś zbyt zajęty badaniem mnie.
- Dokładnie tak. - Dylan odetchnął głęboko po raz pierwszy od dwudziestu minut i
uśmiechnął się. - I cieszę się, że znalazłem cię w tak doskonałej formie.
- Dzięki, doktorze - uśmiechnęła się kwaśno. - Ile lat nauki na akademii medycznej
wymagało nauczenie się takiej techniki badania pacjentów?
- To nie kwestia szkoły, tylko doświadczenia.
Popatrzyła na niego przez dłuższą chwilę.
- Nie mogę wracać do domu w podartej bluzce.
- Nie?
- Muszę dbać o swoją opinię. - Zmrużyła oczy.
- Ja również.
- Dylan, daj mi swoją koszulę.
- No cóż, nie wiem, czy mogę - odparł, ciesząc się, że jest okazja przycisnąć ją do
muru. - To ty byłaś na tyle nieostrożna, by podrzeć bluzkę.
- Wszyscy uznają, że to ty ją poszarpałeś. No - strzeliła palcami - dawaj.
W zamyśleniu potarł policzek.
- Chyba znalazłaś się w kłopocie.
- Dylan! Proszę... - Jej pewność siebie zniknęła. Zawstydzona Tess była jeszcze
ponętniejsza.
- No dobrze. - Podniósł się i pomógł jej wstać. Dłoń miała ciepłą i przez chwilę nie
chciał jej wypuścić z ręki. Ale musiał.
- Mam nadzieję, że to docenisz - rzekł, rozpinając spraną dżinsową koszulę. - Nie
rozbieram się przed każdą kobietą.
- Nawet, jeśli cię prosi?
- A ty prosisz? - uśmiechnął się.
Sapnęła niecierpliwie, gdy podawał jej koszulę.
- Wy mężczyzni wszyscy jesteście tacy sami.
- Wcale nie - odparł, pomagając jej wsunąć szczupłe ręce w miękką tkaninę. [ Pobierz całość w formacie PDF ]