[ Pobierz całość w formacie PDF ]

grubych podmurówkach z bali drewnianych bądz kamieni. Tylko w jednej szczytowej ścianie
każdego z nich widniało malutkie okno i drzwi, do których prowadziły drewniane schodki. W
sąsiedztwie domków stały okrągłe, wykonane z wojłoku czarne jurty. W nich to właśnie
zamieszkiwali w lecie Buriaci, gdy wyruszali z bydłem na odleglejsze pastwiska.
Przyzwyczajeni do koczownictwa, przenosili się do drewnianych domków jedynie podczas
ostrych zim. Przez szczeliny w dachach jurt przesączały się smugi błękitnego dymu. Nie
opodal stały zagrody przeznaczone dla bydła, owiec i koni.
Na odgłos nadjeżdżających gospodarzy i gości na trakt wybiegły duże, czarne psiska o
stojących uszach i ostro zakończonych pyskach. Jezdzcy uspokoili je uderzeniami nahajek, a
tymczasem przed jurtami pojawiły się Buriatki, ubrane podobnie jak mężczyzni. Długie włosy
miały kunsztownie splecione w dwa warkocze, a każdy z nich opięty był pochwą z czarnej
tafty i przerzucony z przodu na piersi. Niektóre, zapewne zamożniejsze, zdobiły swe włosy
barwnymi koralami oraz srebrnymi monetami nanizanymi na łańcuszki.
Buriaci przywołali kobiety. Ciekawie zerkały na nie znanych przybyszów skośnymi,
wąskimi oczami, z lekka przysłaniając je bezrzęsymi i jakby obrzękłymi powiekami.
Buriaci zeskoczyli z wierzchowców. Tomek zwrócił uwagę na ich kaczkowaty chód,
bardzo przypominający sposób chodzenia bosmana, charakterystyczny dla ludzi spędzających
znaczną część życia w siodle lub na pokładzie statku.
Starszy Buriat, Batujew, który przedtem zaprosił łowców w gościnę, okazał się
naczelnikiem ułusu. Na jego polecenie kilku wyrostków rozkulbaczyło konie podróżników, a
potem odprowadziło je do zagrody.
98
Batujew zapytał łowców, czy zechcą zamieszkać w jurcie razem z jego rodziną, czy też
wolą rozgościć się w zimowym domku, stojącym obecnie pustką. Była to kłopotliwa
propozycja, ponieważ łowcy mieli zamiar rozbić własny namiot. Mieszkania buriackie
przeważnie nie grzeszyły czystością i zazwyczaj roiło się w nich od pasożytów. Nie chcąc
odmową obrazić gościnnego gospodarza, zgodzili się zamieszkać w zimowym domku.
Batujew musiał być zamożnym człowiekiem, jego chata bowiem składała się aż z dwóch
izb. Na środku pierwszej znajdowało się palenisko, zbudowane z luzno ułożonych kamieni.
Przy nim leżał obszerny, podłużny wojłok przykryty baranimi skórami, służący za posłanie
tak domownikom, jak i przygodnym gościom. Druga izba była podobnie urządzona. Reszta
sprzętów zapewne znajdowała się w letnim pomieszczeniu. Aowcy odetchnęli z ulgą
stwierdziwszy, że w domu panuje względna czystość. Za radą gospodarza pierwszą izbę
przeznaczyli na mieszkanie, podczas gdy w drugiej umieścili swe juki oraz uprząż.
Batujew polecił zamknąć jeńców chunchuskich w oddzielnej chacie. Przy jej drzwiach
stanęła warta uzbrojona w strzelby. Aowcy byli bardzo zmęczeni. Walka z bandytami, a
pózniej długi pościg, przeprawa przez Amur i uciążliwy marsz przez tajgę nadwątliły ich siły.
Pragnęli jak najszybciej ułożyć się do snu, lecz Batujew udaremnił ich zamiary. Zaledwie
zdążyli rozpakować część juków, zostali zaproszeni przez niego do jurty na posiłek. Swoista
gościnność Buriatów wykluczała możliwość odmowy. Toteż nawet Smuga postanowił pójść
razem z przyjaciółmi. Naprędce odkurzyli ubrania. Tomek przyniósł wodę w wiadrze, by
wszyscy mogli się umyć po kilkudniowej wędrówce.
Gościnny Batujew towarzyszył łowcom przez cały czas. Ciekawie przyglądał się różnym
przedmiotom wydobywanym z juków. Wyraz rozbawienia odmalował się na jego twarzy, gdy
obserwował gości myjących starannie swe ciała. Potem zaś wyraznie był zgorszony, rozrzutną
widocznie jego zdaniem, zmianą bielizny. Buriaci bowiem nie myli się i nie kąpali, a bieliznę
oraz odzienie przeważnie nosili aż do zupełnego zniszczenia.
Poprzedzani przez gospodarza łowcy wkroczyli do obszernej jurty. Z okazji przybycia
obcych podróżników żona i córki Batujewa przywdziały na głowy wysokie kołpaki z sobolich
futer i nałożyły na szyje sznury bursztynów i korali.
Aowcy, znalazłszy się w jurcie, na chwilę przystanęli u wejścia. Uważnie zerkali na
Udadżalakę, który najlepiej z nich znał obyczaje Mongołów. W prawym rogu jurty naprzeciw
wejścia stał domowy ołtarzyk, urządzony na szafce pomalowanej czerwonym lakierem. W
nim umieszczony był w pozłacanej ramie wizerunek buddyjskiego burchana, czyli bóstwa. Z
obydwóch stron obrazu widniały kamienne posążki, wyobrażające różne wcielenia Buddy, a
przed nimi małe miedziane czarki; do nich składano ofiary. Cały ołtarzyk przystrojony był
kolorowymi, błyszczącymi papierkami i stepowymi kwiatami.
Udadżalaka wprost od drzwi podszedł do ołtarzyka. Złożone jak do modlitwy dłonie
wzniósł ponad czoło, nisko pochylił się przed burchanem, dotykając końcami palców skraju
99
ołtarzyka.
Trzej biali łowcy powtórzyli kolejno ten ceremoniał i dopiero teraz przywitali się z
gospodarzami. [ Pobierz całość w formacie PDF ]