[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Rzeczywiście znalazłem obok bramy waszą wizytówkę. Powiedziałem o tym panu Harrisowi,
ale on uważał, że to może być czysty zbieg okoliczności, i poradził mi, żebym był ostrożny w
wyciąganiu wniosków, bo mogę się mylić. Spytałem więc adwokata cioci Sary, czy wie coś
na temat chłopców z Rocky Beach, którzy nazywają siebie Trzema Detektywami, a on, jak
już wam mówiłem, odesłał mnie do Skinnera Norrisa. W taki oto sposób dowiedziałem się o
detektywach i o składzie złomu, i wpadłem na pomysł, żeby zbliżyć się do was, oferując
sprzedaż staroci ze stodoły cioci Sary. Tak się przedstawia cała sprawa.
Pete nagle doznał olśnienia.
- Myślałeś, że to my jesteśmy złodziejami, którzy ukradli posążek!
- Przyznaję, że tak było - potwierdził Ted. - Podzieliłem się podejrzeniami z panem
Harrisem, ale on nie był pewien, czy mam rację. Sądził, że prawdziwy złodziej zgubił
posążek, a wy go po prostu znalezliście. Wymyśliliśmy więc, że ściągniemy was tutaj,
zaproponujemy nagrodę i w ten sposób skłonimy do zwrotu cennej dla nas pamiątki, bo
będziecie mogli się pochwalić, że odnieśliście sukces, wyciągając figurkę z rąk złodziei.
Jupiter rozważał usłyszaną przed chwilą opowieść.
- Skoro podejrzewałeś nas, że ukradliśmy posążek, dlaczego po prostu nie oskarżyłeś
nas o to? - zapytał.
- Mówiłem już, że zdaniem pana Harrisa figurka przez przypadek wpadła w wasze
ręce. Ostrzegał, że niebezpiecznie jest oskarżać kogoś bez dowodów.
- No dobrze, to skoro uznałeś, że niechcący staliśmy się posiadaczami statuetki,
czemu nie poprosiłeś najzwyczajniej w świecie, byśmy ją oddali?
- Zastanawialiśmy się z panem Harrisem i nad tym, ale on uznał, że nie będziecie
chcieli się przyznać i że możecie się obawiać zgłosić do nas.
- Postanowiłeś więc nawiązać z nami kontakt - Jupiter zadumał się na chwilę -
zaproponować nagrodę za znalezienie amuletu i udawać, że nie wiesz o tym, iż może on być
w naszych rękach. Oferowałeś nam honorowe wyjście z sytuacji oraz premię.
- Mniej więcej tak to było - przyznał Ted. - Wybaczcie, chłopaki, ale w końcu nie
znałem was przecież. Teraz jestem pewien, że po prostu oddalibyście amulet. Bo znalezliście
go, prawda?
- Bob i Pete znalezli - przyznał Jupiter - ale nie możemy go zwrócić, bo już go nie
mamy.
Jupiter streścił pokrótce historię kradzieży amuletu.
- To znaczy, że przepadł na wieki. - Ted był załamany.
Jupiter powoli pokręcił głową,
- Moim zdaniem nadal mamy szansę go odzyskać, o ile wpadniemy na trop złodzieja.
- Macie jakieś swoje tajne sposoby? Może mógłbym w czymś pomóc? Naprawdę
chętnie bym z wami współpracował.
- Może i mógłbyś pomóc, Ted - zgodził się Jupiter. - Miej oczy szeroko otwarte na to,
co tu się dzieje, a kiedy my znajdziemy ciemnoskórego, damy ci znać.
- Wspaniale! - Ted uśmiechnął się.
- Teraz już jednak pójdziemy do domu. Zrobiło się pózno - powiedział Jupiter.
Ted otworzył bramę i wypuścił chłopców. Wsiedli na rowery i wolno popedałowali w
kierunku przełęczy. Pete'a przez cały czas dręczyły wątpliwości.
- Jupe, dlaczego nie wspomniałeś Tedowi o tym, co widzieliśmy i słyszeliśmy
ubiegłej nocy? O wołaniu o pomoc i śmiejącym się cieniu?
- Bo nie jestem pewien, czy powiedział nam prawdę - odparł ponuro Jupiter. - Gdyby
naprawdę podejrzewał, że ukradliśmy amulet, oskarżyłby nas o to bez wahania. Chociaż
jednocześnie, z bliżej nie znanych powodów, Ted nie chce, by ktokolwiek wiedział, w jaki
sposób amulet trafił w nasze ręce. Myślę, że on coś ukrywa, Pete!
Pete rozważał to wszystko podczas długiego zjazdu z przełęczy w kierunku Rocky
Beach.
ROZDZIAA 9
 Tam, gdzie nikt go nie znajdzie
Następnego dnia wczesnym rankiem Bob wstał z łóżka natychmiast po przebudzeniu.
Ubrał się szybko i biegnąc na dół, zapukał po drodze do drzwi sypialni rodziców.
- Mamusiu, sam sobie zrobię śniadanie! - zawołał.
- Dobrze, syneczku - odpowiedziała mu zaspanym głosem pani Andrews. - Sprzątnij
tylko potem naczynia. Dokąd się dziś wybierasz?
- Do składu złomu.
Zjadł pospiesznie miseczkę płatków, popił sokiem owocowym i zatelefonował do
Pete'a. Usłyszał od jego mamy, że przyjaciel poszedł już do składu złomu. Zgodnie z
obietnicą zmył naczynia, a potem wsiadł na rower i pojechał.
Na podwórku składu Bob wpadł całym impetem prosto na ciotkę Matyldę.
- No, chociaż jeden z was się znalazł! - zawołała pani Jones. - Kiedy spotkasz
pozostałych, powiedz Jupiterowi, że ma jechać dziś rano z nami do Sandowów.
- Dobrze, proszę pani.
Bob lekkim krokiem ruszył na tyły składu, a kiedy już znalazł się poza zasięgiem
wzroku ciotki Matyldy, rzucił się pędem w kierunku wejścia do ukrytej przyczepy.
W Kwaterze Głównej zastał Pete'a i Jupitera siedzących ze smętnymi minami obok
milczącego telefonu.
- Nic, żadnej wiadomości - oświadczył przygnębiony Pete.
Chłopcy zdążyli już przesłuchać automatyczną sekretarkę, wykonaną przez Jupitera
domowym sposobem. Taśma była pusta.
- Coś tym razem nasz system nie działa - przyznał Jupiter.
- Może za wcześnie się martwisz - Bob nie tracił optymizmu. - Posłuchajcie, co
wczoraj odnalazłem w bibliotece.
- Raczej ty posłuchaj, co my widzieliśmy - odparł na to Pete i opowiedział o nocnej
przygodzie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]