[ Pobierz całość w formacie PDF ]

dę coś zepsuło się w napędzie  zużywającym więcej energii niż wyzwolono podczas
jakiejkolwiek wojny na Ziemi  wtedy odpowiedzialna za jego naprawę osoba będzie
właściwie żywym, chodzącym podręcznikiem, doskonale pamiętając procedury wyko-
nywane przez jakiegoś martwego od stuleci aktora).
Kiedy wracaliśmy korytarzem, Człowiek popisywała się swoim doświadczeniem
w stanie nieważkości, zwinnie obracając się i koziołkując w powietrzu. Miło popatrzeć,
kiedy czasem zachowują się jak ludzie.
Przed powrotem do Centrusa mieliśmy kilka godzin czasu, żeby pokręcić się i wszyst-
ko obejrzeć. Marygay i ja próbowaliśmy odnalezć ślady jej życia na statku, ale bardziej
przypominało to zwiedzanie miasta duchów, niż wskrzeszanie wspomnień.
Weszliśmy do ostatniej kabiny, którą zajmowała, czekając na mnie. Powiedziała, że
nigdy by jej nie poznała. Następny lokator pomalował ściany w jaskrawe geometrycz-
ne wzory. Kiedy mieszkała tu Marygay, ściany były kobaltowe niebieskie, obwieszone jej
obrazami i szkicami. Teraz już rzadko malowała, ale przez te lata, które spędziła tu, cze-
kając na mnie, stała się dojrzałą artystką. Czekała z utęsknieniem, kiedy dzieci opuszczą
dom i będzie mogła wrócić do malowania. A niebawem Bill i Sara mogą znalezć się całe
lata świetlne od rodzinnego domu.
 To cię zasmuca  powiedziałem.
 Tak i nie. To nie były złe lata. Ten statek był czymś trwałym w moim życiu. Za-
wierałam przyjaznie, a potem ci ludzie opuszczali statek i za każdym razem, kiedy od-
wiedzałam Middle Finger, byli sześć, dwanaście lub osiemnaście lat starsi, a potem mar-
twi.  Wskazała na wyschnięte pola i nieruchome wody.  To było moją ostoją. Dlate-
go ten widok trochę mnie teraz niepokoi.
 Wkrótce wszystko będzie jak dawniej.
 Jasne.  Oparła dłonie na biodrach i rozejrzała się wokół.  A nawet lepiej.
8
Oczywiście, nie wystarczyło zakasać rękawy i pociągnąć wszystko farbą. Człowiek
przydzielił nam jeden kurs promu na pięć dni, więc musieliśmy starannie zaplanować,
co i kogo przewiezć.
Teraz powinniśmy zdecydować  kogo . Na statku było miejsce dla stupięćdziesięcio-
osobowej załogi, która nie mogła składać się z przypadkowych osób. Marygay, Char-
lie, Diana i ja, niezależnie od siebie sporządziliśmy wykazy potrzebnych nam specjali-
stów, a potem spotkaliśmy się u nas, zestawiliśmy listy i dodaliśmy jeszcze kilka specjal-
ności.
Mieliśmy dziewiętnastu ochotników z Paxton  jedna osoba zmieniła zdanie po ze-
braniu  więc kiedy przydzieliliśmy im odpowiednie zadania, opublikowaliśmy wykaz,
wzywając ochotników z całej planety do zgłaszania swoich kandydatur na pozostałe sto
trzydzieści jeden miejsc.
W ciągu tygodnia zgłosiło się tysiąc sześciuset kandydatów, głównie z Centrusa.
W żaden sposób nie zdołalibyśmy porozmawiać z nimi we czworo, tak więc musieli-
śmy najpierw podzielić zgłoszenia. Ja wziąłem dwieście trzydzieści osiem tych, którzy
mieli techniczne specjalności, a Diana stu jeden kandydatów z przeszkoleniem medycz-
nym. Pozostałych podzieliśmy równo między siebie.
Z początku chciałem dać pierwszeństwo weteranom, ale Marygay wyperswadowała
mi to. Stanowili ponad połowę kandydatów, ale niekoniecznie najlepiej wykwalifikowa-
ną. Część z nich to prawdopodobnie wieczni malkontenci i awanturnicy. Czy naprawdę
chcieliśmy być z nimi zamknięci w stalowej puszce przez dziesięć lat?
Tylko jak, na podstawie kilku wypowiedzi, mieliśmy orzec, którzy z kandydatów się
nie nadają? Ludzie, którzy w rozmaity sposób mówili:  Zabierzcie mnie, bo Człowiek
doprowadza mnie do szału! po prostu wyrażali moje własne odczucia, lecz w ten spo-
sób mogło też się objawiać ich nieprzystosowanie do życia w społeczności, co czyniło
ich kiepskimi towarzyszami w naszym ruchomym więzieniu.
43
Zarówno Diana, jak Marygay studiowały psychologię, lecz żadna z nich nie twierdzi-
ła, że potrafi demaskować świrów.
Ograniczyliśmy liczbę kandydatów do czterystu i napisaliśmy do nich list podkreśla-
jący ujemne strony dziesięcioletniej podróży. Samotność, niebezpieczeństwo, brak roz-
rywek. Całkowitą pewność, że po powrocie zastaną zupełnie obcy świat.
Mniej więcej dziewięćdziesiąt procent odpisało, że w porządku, już wzięli to wszyst-
ko pod uwagę. Zrezygnowaliśmy z tych, którzy nie odpowiedzieli w terminie i zaaran-
żowaliśmy holowywiady z pozostałymi.
Chcieliśmy sporządzić listę dwustu osób, w tym pięćdziesięciu rezerwowych, którzy
ewentualnie mogliby zająć miejsce tych, którzy umrą lub zrezygnują. Marygay i ja po-
rozmawialiśmy z połową kandydatów, a Charlie i Diana z pozostałymi. Daliśmy nie-
wielkie preferencje małżeństwom i parom pozostającym w długotrwałych związkach,
ale staraliśmy się nie faworyzować heteroseksualistów. Można by rzec, że im więcej ho-
moseksualistów tym lepiej, gdyż ci raczej nie powiększą populacji statku. Nie mogliśmy
sobie pozwolić na więcej niż tuzin, może dwadzieścioro dzieci. [ Pobierz całość w formacie PDF ]