[ Pobierz całość w formacie PDF ]

przerywając ognia.
 Chodzcie  odpowiedział Lando przekrzykując hałas
walki.  Spróbujemy innej drogi.
Wiatr wyjący w szybie reaktora całkowicie pochłaniał
trzask uderzających o siebie mieczy świetlnych.
Luke przemknął po galeryjce i schronił się przed
ścigającym go wrogiem pod ogromnym blatem roz-
dzielczym. Lecz Vader znalazł się tam w jednej chwili,
spuszczając miecz jak pulsujące ostrze gilotyny na
instrumenty kontrolne i odcinając je od podłoża. Zestaw
zaczął spadać, ale porwał go nagle wiatr i uniósł w górę.
Moment nieuwagi wystarczył Vaderowi. Luke mimowolnie
spojrzał na ulatujący blat, W tej sekundzie klinga Czarnego
Lorda spadła na rękę chłopaka, przecięła ją i daleko
odrzuciła jego miecz.
Ból był rozdzierający. Poczuł okropny swąd własnego
spalonego ciała i wcisnął przedramię pod pachę, aby
złagodzić potworny ból. Cofnął się wzdłuż galeryjki aż
doszedł do samego jej końca, cały czas ustępując przed
czarno odzianym widmem.
Nagle wiatr ucichł, stwarzając niesamowite wrażenie, i
Luke zdał sobie sprawę, że nie ma już dokąd się cofnąć.
*
 Nie masz odwrotu  ostrzegł Czarny Lord Sith,
górując nad młodym Rycerzem Jedi, jak czarny anioł
śmierci.  Nie zmuszaj mnie, abym cię zniszczył. Jesteś
silny Mocą. Teraz musisz nauczyć się posługiwać jej ciemną
stroną. Przyłącz się do mnie, a razem będziemy potężniejsi
od Imperatora. Dokończę twego szkolenia i wspólnie
będziemy rządzić Galaktyką.
Luke nie uległ namowom Vadera.
 Nigdy się do ciebie nie przyłączę!
 Gdybyś tylko znał siłę ciemnej strony  ciągnął Czarny
Lord.  Obi-wan nigdy ci. nie powiedział, co się stało z
twoim ojcem, prawda?
Wzmianka o ojcu wzbudziła gniew chłopca.
 Powiedział mi wystarczająco, dużo!  krzyknął. 
Powiedział mi, że go zabiłeś.
 Nie odpowiedział spokojnie Vader.  Ja jestem
twoim ojcem.
Oszołomiony Luke wpatrywał się z niedowierzaniem w
czarno odzianego wojownika. Po chwili otrząs
nął się z wrażenia. Ojciec i syn stali wpatrzeni w siebie.
 Nie, nie! To nieprawda...  Nie mógł uwierzyć w to, co
przed chwilą usłyszał.  To niemożliwe...
 Zawierz swym uczuciom  powiedział Vader, jakby
był przepełnioną złem wersją Yody.  Uwierz, że to
prawda.
Po czym zgasił klingę miecza i wyciągnął spokojną,
zapraszającą dłoń.
Zdezorientowany i przerażony tymi słowami, Luke
krzyknął:
 Nie! Nie!
Vader ciągnął z przekonaniem:
 Możesz zniszczyć Imperatora. On to przewidział. To
twoje przeznaczenie. Przyłącz się do mnie, a będziemy
wspólnie rządzić Galaktyką  ojciec i syn. Chodz ze mną.
To jedyne wyjście.
Umysł Luke'a zawirował. Wszystko zaczynało w końcu
pasować. A może jednak nie? Zastanawiał się, czy Vader
mówi prawdę  czy szkolenie Yody, nauki szacownego
starego Bena, jego własne dążenie ku dobru i wstręt do zła,
czy wszystko, o co on walczył, jest jedynie kłamstwem.
Nie chciał uwierzyć swemu przeciwnikowi, usiłował
przekonać sam siebie, że on kłamie, ale czuł prawdę w
słowach Czarnego Lorda. Ale jeśli Darth Vader naprawdę
mówił prawdę, to dlaczego Ben Kenobi go okłamał?
Dlaczego? W głowie miał większy zamęt, niż gdyby szarpał
nim jakikolwiek wiatr, który mógłby wezwać przeciwko
niemu Czarny Lord.
Wydawało się, że odpowiedzi nie mają już znaczenia.
Jego ojciec.
Ze spokojem, którego nauczył go sam Ben i Mistrz Jedi
Yoda, Luke Skywalker podjął decyzję, która może była jego
ostatnią.
 Nigdy  krzyknął, dając krok w przepaść pod spodem.
Jeśli chodzi o jej niezmierzoną głębokość, mógł spadać do
innej Galaktyki.
Darth Vader podszedł na koniec pomostu i patrzył na
koziołkującego chłopaka. Zaczął wiać silny wiatr wydymając
czarny płaszcz Vadera.
Ranny Skywalker leciał w dół. Rozpaczliwie wyciągnął
rękę, aby się czegoś chwycić i zatrzymać spadanie.
Czarny Lord obserwował, jak szeroka rura wentylacyjna w
ścianie szybu reaktora wsysa chłopaka. Kiedy Luke zniknął
 odwrócił się i szybko opuścił pomost.
Luke spadał szybem wentylacyjnym usiłując zahamować
upadek wyciągniętymi rękami. Ale gładkie, błyszczące
ścianki rury nie miały żadnych uchwytów czy zagłębień, w
które mógłby się wczepić.
W końcu dotarł do końca tunelu. Stopami uderzył o kolistą
kratkę. Kratka, która wychodziła na najwyrazniej bezdenną
otchłań, ustąpiła przed rozpędzonym ciałem. Poczuł, że
zaczyna wysuwać się z otworu. Gorączkowo chwytając się
gładkiego wnętrza rury, zaczął wołać o pomoc.
 Ben... Ben, pomóż mi  błagał rozpaczliwie. W tym
samym momencie poczuł, jak palce obsuwają mu się po
wewnętrznej ścianie rury, a on sam coraz
bardziej zbliża się do ziejącego otworu.
W Mieście Chmur panował chaos.
Kiedy tylko w całym mieście dało się słyszeć wezwanie
Lando Calrissiana, mieszkańcy wpadli w panikę. Niektórzy
spakowali nieco rzeczy, inni wypadli na ulicę szukając
ucieczki. Wkrótce miasto wypełniło się biegającymi na oślep
ludzmi i obcymi. Szturmowcy Imperium atakowali
uciekających mieszkańców, od
powiadając ogniem laserowym na ich ogień we wściekłej,
hałaśliwej walce.
W jednym z głównych korytarzy miasta Lando, Leia i
Chewbacca powstrzymywali oddział szturmowców
potężnymi strumieniami energii. Utrzymanie tej pozycji było
sprawą zasadniczą, ponieważ Lando i reszta dotarli do
innego wejścia prowadzącego na platformę lądowiska.
Gdyby tylko Erdwa udało się otworzyć drzwi.
Robot próbował usunąć klapkę z płytki kontrolnej. Lecz z
powodu hałasu i laserowych wybuchów wokół trudno mu
było skoncentrować się na swym zadaniu. Popiskiwał do
siebie sprawiając na Trzypeo wrażenie trochę
zamroczonego.
 O czym ty mówisz?  zawołał do niego złocisty
android.  Nie interesuje nas hipernapęd ,,Sokoła
Millenium". Jest naprawiony. Każ tylko komputerowi
otworzyć drzwi.
Kiedy Lando, Leia i Chewbacca przesunęli się w kierunku
drzwi, kryjąc się przed silnym ogniem imperialnych laserów,
Erdwa zagwizdał tryumfalnie i drzwi odskoczyły.
 Udało ci się!  wykrzyknął Trzypeo. Robot za-
klaskałby, gdyby jego druga ręka znajdowała się na
właściwym miejscu.  Nie wątpiłem w ciebie ani sekundę. [ Pobierz całość w formacie PDF ]