[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Na ekranie pojawiły się iskierki. Patrzyłem w nie chwilę. Który to raz? Drugi?
Nie, trzeci. Dla nas trzeci. Ale po raz pierwszy na progu obcej Ziemi.
* * *
Trudno to nawet nazwać wybuchem. Przed naszymi oczami przeleciał jeden
ognisty podmuch. Miotacz antymaterii zamknął w pierścieniu anihilacji obszar
opasujący stukilometrowym obwodem pole, którego centrum stanowiły jeszcze
przed ułamkiem sekundy dwa obce statki. Teraz nie było tam już nic. Tak nic, jak
to jest możliwe tylko po spotkaniu uczciwej materii z równoważnym ładunkiem
antyprotonów.
W kabinie  Urana panowało milczenie. Przerwał je wreszcie Riva:
 A więc mieliśmy kontakt.
 Czysta robota  odezwał się ponuro Snagg.  Przynajmniej nie ma się
czego czepiać.
Przez moment stanęła mi przed oczami twarz Liny. Kiedy to było? Tydzień
temu? Miesiąc?
Przeszło sześć lat. Może już ma dom. Na Ziemi. A jeśli czeka? Cóż, to tylko
jej sprawa. Itia także czeka. Od dawna już wie, że to ja poleciałem po Ustera. Obie
myślą o mnie, od czasu do czasu. Jak o listonoszu, który ma przynieść pożądaną
przesyłkę.
Gdyby to ciągle była pozoracja i gdyby Lina ją obserwowała, czy i teraz przy-
szłaby prosić, żebym się zanadto nie śpieszył?
Przymierzaliśmy się do orbity globu. Był to satelita, niewiele mniejszy od
Luny, o podobnej strukturze geologicznej. Jego droga wokół Alfy wykazywała
charakterystyczne dla całego układu zniekształcenia. I był zamieszkały. Jak Luna.
46
Tylko nie przez ludzi. I nie przez istoty, którym spodobaliśmy się na pierwszy rzut
oka.
Drugiego września o piątej osiemnaście rano, czasu Budorusa, dysze czoło-
we naszych rakiet buchnęły strugami gazu. Byliśmy już na kursie orbitalnym. Za
kilka minut rozpoczniemy pierwsze okrążenie globu.
W tym momencie po raz trzeci rozjęczały się w kabinie  Urana sygnały alar-
mowe.
 To już przesada  mruknął Riva, uderzając w klawisze pulpitu.
 Aączność  upomniałem machinalnie.
Ale Snagg nie odpowiedział. Zauważyłem, że sprawdza coś szybko, zestawia-
jąc w kalkulatorze wskazania głównych zespołów neuromatu. Oderwałem wzrok
od ekranu i spojrzałem na wskazniki. Tak. To wyglądało inaczej. Tym razem au-
tomaty potrafiły nam powiedzieć dostatecznie dużo. I nic dziwnego. Wszystkie
zespoły komputera reagowały na coś, co było bardzo jasno określone w ich pro-
gramach. Bliskie sąsiedztwo ziemskiego statku.
 Stop w szyku  rzuciłem.
Ogień przed nami wzmógł się do potężnego, ciągłego wybuchu.
Snagg pochylił się do mikrofonu i mówił spokojnie, tylko odrobinę podnie-
sionym głosem:
 Uwaga, ludzie. Przed wami statki z Ziemi. Uwaga, ludzie. Przed wami
statki z Ziemi. Zgłasza się ekipa inforpolu.
W pulpicie centrali komunikacyjnej płonął rój zielonych światełek. Wszystkie
trzy statki wysyłały głos Snagga, wzmocniony bateriami generatorów, szerokim
pasmem w stronę, gdzie automaty odkryły ziemski pojazd. Ale czujniki, które
miały potwierdzić odbiór, pozostały milczące i ciemne.
Klucz zastopował.
 Sonda!
W kabinie rozległo się ciche plaśnięcie. Równocześnie w rogu głównego ekra-
nu zapłonął niewielki czworobok. Wizja, którą podawała sonda komunikacyjna,
wystrzelona z ładowni  Urana . Trwało to pięć, może sześć sekund. Nagle czwo-
robok zmatowiał, chwilę falowały w nim pasma, szare i granatowe, potem obraz
rozmazał się, a kiedy ponownie ujrzeliśmy ostre światła gwiazd, ekran jaśniał
w całym wymiarze. Równocześnie umilkł sygnał łączności, przekazywany bez-
pośrednio komputerowi.
 Sonda  powtórzyłem spokojnie.
Zabawa zaczęła się od początku. Druga sonda została pożarta przez przestrzeń,
tak samo gładko jak pierwsza. Następnie identyczny los spotkał trzecią i czwartą.
Na ekranie widniał teraz powiększony wycinek powierzchni globu. Nad nią,
jakby tuż nad najwyższym ze szczytów, otaczających kratery, unosiło się coś, co
było niewidoczne dla naszych oczu, ale co wyraznie wskazywała biała strzałka
tachdaru. Tak, to był metal.
47
 Obejrzmy to z bliska  zdecydowałem.
 Kwark i  Merkury poszły przodem.
Pierwszą rakietę dzieliło już od obiektu niewiele ponad dziesięć kilometrów.
Raptem, bez najmniejszego sygnału ostrzegawczego pulpity kontrolne  Merkure-
go przed fotelem Snagga ściemniały, zgasły, na moment zapłonęły znowu dzie-
siątkami kolorowych zrenic wskazników, po czym jakby je zamknęły. Tym razem
na dobre. [ Pobierz całość w formacie PDF ]