[ Pobierz całość w formacie PDF ]

102
tych rolet. Gdyby przyjrzeć im się bliżej i w lepszym oświet
leniu, dostrzegłoby się ciemne odrosty.
 Długo cię nie było, skarbie.
Wstała i podeszła do niego z głupkowatą miną. Jej pępek
i sutki tworzyły obraz jakieś dziwacznej, pociągłej i żałosnej
twarzy. Ilekroć zamiast ciała dostrzegał taką twarz, znaczyło
to, że czas się rozstać z dziewczyną. Pozwolił się pocałować,
ale nie odwzajemnił pocałunku.
 O co chodzi, Larry?
 O nic.
 Kto dzwonił?  zaszeptała mu do ucha i mocno objęła
go za szyję.
 Interesy. Zajmuję się wieloma rzeczami naraz.
 Na przykład?
 To moja sprawa, nie twoja. Słuchaj, Fran, może byś już
się zmyła?
 Umówiłeś się z inną dziewczyną.
 Powiedziałem już, że to interesy.
 Słyszałam, jak rozmawiasz. Myślisz, że jestem głupia?
Spojrzał jej prosto w oczy i uśmiechnął się.
 O co ci chodzi?
 Kim onajest?
 Prosiłem cię, żebyś spadała. Zmywaj się, zjeżdżaj,
spadaj, po prostu znikaj!
Przytuliła się policzkiem do jego torsu.
 Pójdę, jeśli mi powiesz, kto to był.
 Dobrze  powiedział.  Skoro chcesz, żebym załatwił
to w ten sposób...  Chwycił ją z całych sił za łokcie,
rozerwał jej uścisk, jakby zdejmował niewygodny kołnierzyk
i odepchnął.
 Nie powinieneś mnie tak traktować  powiedziała.
Zrobił krok w jej kierunku. Cofnęła się.
 Idę. Ale pożałujesz tego, że mnie tak traktujesz.
103
Włożyła buty i jasnobrązowy płaszcz. Poszedł za nią do
salonu.
 No już dobrze, Fran. Mówiłem ci, że to tylko interesy.
Może będę musiał wyjechać na kilka tygodni do Nevady.
 Nic mnie to nie obchodzi  rzuciła w drzwiach. 
Pozdrów ją ode mnie  dodała słodkim tonem.
Nasłuchiwał przez chwilę, jak schodzi po schodach do
swojego pokoju, wzruszył ramionami. Fran ubzdurała sobie,
że jest jakaś inna kobieta, nie było sensu nawet z nią dys
kutować. Owszem, była inna kobieta, ale nie Paula West. Jak
na jego gust West miała nawet za dużo klasy. I nie chodziło tu
o powierzchowność, lecz o coś płynącego z wnętrza, o chłód,
który z niej bił. Miała też łeb na karku, ale to jeszcze nie
powód, żeby kazać mu trzymać się z dala od Golden Sunset.
Nie był tam od miesięcy, ale teraz, kiedy miał powód, by
trzymać się od knajpy z daleka, właśnie zamierzał do niej
pójść.
Zrzucił z siebie szlafrok i poszedł ogolić się do łazienki.
Nie miał co prawda potrójnego lusterka, w którym mógłby
zobaczyć swój profil w pełni, ale patrząc kątem oka, i tak
sporo widział. Podobał mu się jego dobrze zarysowany
podbródek. Typowo grecki. Nie taki prostacki, ale taki jak
na pomnikach. Kiedy grał w półfinałach w Syracuse, widział
plakat z taką postacią. Nazywał się Adonis. Szukał nawet
pózniej tego słowa w wielkim słowniku w bibliotece. Podob
nie jak u postaci na plakacie jego włosy były jasne i lekko
falujące.
Posmarował włosy brylantyną, twarz kremem samoopala-
jącym, popsikał się dezodorantem pod pachami i zaczął się
w pośpiechu ubierać. Nie miał zwyczaju nosić podkoszulka,
więc pierwszą rzeczą, jaką włożył na siebie, była brązowa
koszula. Kosztowała majątek, ale porządny facet powinien
inwestować w swoją garderobę. Uważał, że z jego prezencją
104
można nosić tylko markowe ciuchy. Niektóre z jego najlep
szych zdobyczy trafiły mu się wtedy, gdy najmniej się tego
spodziewał. Dlatego, jeśli nie chce się przegapić żadnej okazji,
trzeba być gotowym na podryw przez dwadzieścia cztery
godziny na dobę.
Wyszedł z budynku bocznymi drzwiami i po chwili wy
prowadził z garażu samochód. Był to Chevrolet coupe, ostatni
przedwojenny model, stanowił pamiątkę z czasów, kiedy Larry
zajmował się kradzieżą samochodów, nie zapłacił więc za
niego ani centa. Teraz życie układało mu się wspaniale. Miał
samochód, własne mieszkanie, mnóstwo znajomych i tyle
pieniędzy, że mógł się nimi udławić. Kiedy Paula mu zapłaci,
pomyśli o wyjezdzie do Nevady. Z drugiej strony może lepiej
pozostać w Los Angeles i mieć oko na tego Taylora. Nie ma
co się bać. Jeśli rozegra to wszystko sprytnie i ostrożnie,
może dobrze się ustawić.
Wszystkie te rozmyślania tak zaprzątnęły jego uwagę, że
rozpędził się na Wilshire Boulevard do osiemdziesięciu kilo
metrów na godzinę. Kiedy spojrzał na prędkościomierz,
gwałtownie zwolnił do pięćdziesięciu. Wolał, żeby go teraz
policja nie złapała za przekroczenie prędkości. Nie mógł
sobie pozwolić na luksus łamania prawa. Nim dojechał do
centrum, wyprzedziło go piętnaście czy dwadzieścia samo
chodów. Niech cymbały nadstawiają karku, on musi swój
chronić.
Znalazł miejsce na parkingu za rogiem, na Round Street,
o dwa kroki od Golden Sunset Cafe. Jeśli się nie mylił, mógł
się tutaj pojawić Taylor. W końcu jaki inny powód miałaby
West, żeby go ostrzec przed przychodzeniem tutaj? Nim
wszedł do środka, zajrzał do spelunki przez szybę w drzwiach.
W barze panował tłok, prawie wszystkie stoliki były zajęte.
Ani śladu Taylora. Może intuicja go zawiodła? Poczuł nawet
coś w rodzaju ulgi.
105
Mimo to wszedł do środka i znalazł wolny stolik w końcu
sali. Zapach przypalonego tłuszczu, który dochodził z kuchni,
przypomniał mu, że jest głodny. Kiedy wreszcie podeszła do
niego kelnerka, zamówił średniej grubości stek z frytkami
i podwójną cebulą oraz piwo.
Był już w połowie dania, kiedy uniósł wzrok znad talerza
i dostrzegł Taylora przeciskającego się między stolikami
a barem. Facet był oczywiście w mundurze. Larry szybko
opuścił głowę, choć w zasadzie nie miał się czego obawiać.
Istniała jedna szansa na milion, że Taylor go zna. Mimo to
stracił apetyt. Ten kawałek steku, który zdążył zjeść, ciążył
mu teraz w żołądku niczym bryła ołowiu.
Podniósł ponownie głowę i zobaczył, że Taylor siedzi przy
barze. Widział teraz tylko jego opięte niebieskim mundurem
szerokie bary. Larry wyobraził sobie scenę, kiedy są sami
w pokoju, Taylor stoi odwrócony plecami, tak jak teraz, a on
trzyma w ręku broń. Czuł, że ma poważne kłopoty i tylko
broń może mu pomóc się od nich uwolnić. Odrzucił natrętną
myśl, lecz ta co chwila powracała, psując mu humor.
ROZDZIAA 10
Bret stwierdził, że przestał lubić ludzi. Nie lubił mężczyzn
w średnim wieku z opuchniętymi od alkoholu twarzami,
którzy wchodzili do baru i wychodzili. Nie lubił podlotków ze
spiczastymi piersiami, trajkoczących w towarzystwie gejów
i polujących na autografy, podstarzałych piersiastych matron
ubierających się zbyt jaskrawo. Nie lubił energicznych, mło
dych mężczyzn w koszulach rozpiętych pod szyją. Przede
wszystkim jednak nie lubił siebie.
Choć miał na sobie gruby mundur, a blednące słońce wciąż
niezle grzało, drżał, stojąc na rogu Hollywood i Vine. [ Pobierz całość w formacie PDF ]