[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ciemny kształt,
usłyszała ogłuszający jazgot- i mało brakowało, a spadłaby z werandy. Dopiero po chwili
zdała sobie
sprawę, \e ten jazgot to szczekanie. Pies na łańcuchu miotał się i warczał, toczył pianę z
pyska i usiłował ją
dopaść.
Ja się tym zajmę. Anioł powiedział to ponuro i nagle poczuła lodowaty powiew. Pies padł jak
ra\onu
prądem. Przewrócił ślepiami.
Znowu zapanowała cisza. Gillian oddychała cię\ko, czuła, jak w jej krwi buzuje adrenalina.
Zanim jednak
zdą\yła cokolwiek powiedzieć, za jej plecami otworzyły się drzwi.
Z ciemnego wnętrza wyjrzała twarz. Gillian nie rozró\niała rysów, widziała tylko błysk w
oku.
-Ktoś ty?- Pytanie było powolne, wrogie.- Czego chcesz?
Gillian posłusznie powtarzała za Aniołem:
-Jestem Gillian z rodu Harman. Chcę wejść. Zimno mi.
-Z klanu Harman?
-Jestem kobietą ognia, córką Hellewise, i jeśli mnie nie wpuścisz, głupi wilkołaku, potraktuje
cię jak
kuzyna.- Wskazała le\ącego psa. Wilkołak? Aniele, to jest wilkołak?
Mówiłem ci. Wszystkie baśniowe istoty.
Gillian się zaniepokoiła. Nie widziała, dlaczego przeć była z Aniołem, ale \ołądek ściskał się
coraz
boleśniej.
Drzwi uchyliły się powoli. Weszła do mrocznego holu, a drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
-Nie znam cię- mówił mę\czyzna.- Myślałem, ze to ludzka zaraza.
-Wybaczam ci- mruknęła i zgodnie z poleceniem Anioła zdjęła rękawiczki.- Na dole?
Skinął lekko głową. Poszła w stronę schodów. I usłyszała muzykę.
Czuła się tak, jakby schodziła w głąb ziemi. Piwnica znajdowała się głębiej ni\ zazwyczaj.
zazwyczaj było o
wiele większa. Odnosiło się wra\enie, \e na dole mieścił się cały odrębny świat.
Nie było tu okien i niewiele więcej światła ni\ na górze. Dom był stary, to pewne, odgadła to
po
staroświeckim wzorze posadzki i zapachu pleśni. A dokoła było pełno ludzi. Siedzieli w
fotelach pod
ścianami, tłoczyli się przy stołach bilardowych, przy automatach do gry i niewielkim barze.
Ruszyła w tamtą stronę. Czuła na sobie mnóstwo spojrzeń.
Miała wra\enie, ze jest taka mała, gdy siadała na wysokim barowym stołki. Oparła łokcie na
kontuarze i
usiłowała opanować rozszalałe serce.
Facet za barem się odwrócił. Miał dwadzieścia parę lat. Podszedł bli\ej i wtedy zobaczyła go
dokładniej. To
był szok. W jego twarzy cos było& Nie był brzydki ani zabójczo przystojny. Mo\e to
magiczna cząstka jej
duszy wychwytywała ciemne wibracje, ale czuła, ze coś jest z nim nie tak. Emanował złem.
W porównaniu z
nim Tanya była niewinna jak ogród zalany słońcem.
Wzdrygnęła się odruchowo. Widział to.
-Jesteś nowa- zagaił. Mrok i zimno się nasiliły. Zrozumiała, \e rozkoszuje się jej strachem.-
Skąd?
Anioł jej podpowiadał:
-jestem z klanu Harmanów- powtórzyła najspokojniej jak umiała.- I masz rację, jestem nowa.
Dobrze, mała. Nie daj się zastraszyć. Zaraz mu powiesz kim jesteś i&
Zaraz, Anioł. Daj mi się& uspokoić. Bo tak naprawdę była kłębkiem nerwów. Niepokój,
który pojawił się,
kiedy tu weszła, osiągnął apogeum. Ten klub jest& Szukała odpowiednich słów. Straszny Zły.
Grozny.
I dotarło do niej coś jeszcze. Do tej chwili nie widziała wyraznie twarzy pozostałych gości,
czasami tylko
błysnęły oczy i zęby.
Ale teraz& Otaczali ją. Przywodzili na myśl rekiny, poruszali się niby bez celu, a przecie\
świadomie. Stali
za nią- czuła to, siadali obok. I tedy zobaczyła ich twarze.
Zimne, mroczne, złe. Wręcz diabolicznie złe. Ci ludzie są zdolni do wszystkiego i sprawia im
to
przyjemność. Widziała błyszczące oczy. Niektóre lśniły jak zwierzęce ślepia w nocy.
Uśmiechali się i
pokazywali zęby. Długie, wąskie kły&
Istoty z baśni&
Wpadła w panikę. I w tej chwili poczuła na łokciu silną dłoń.
-Przejdziemy się?- powiedział nieznajomy.
Potem wszystko zlało się w jedno. Anioł krzyczał, ale nie słyszała go, ogłuszona biciem
serca. Ręce nie
ustępowały, odciągały ją od baru. Diaboliczne twarze rozstępowały się za znaczącym
uśmiechem.
-Dobrej zabawy!- zawołał ktoś za nią.
Ktoś ciągnął Gillian schodami w górę, na zewnątrz. Zimne powietrze ją otrzezwiło. Chciała
się
wyswobodzić z \elaznego uścisku. Na darmo.
Stała na śniegu, z dala od domu. Na ulicy nikogo nie było.
-To twój samochód?
Ręce poluzowały uścisk. Szarpnęła się po raz ostatni i odwróciła.
Blask księ\yca odbijał się na śniegu i sprawiał, \e biały puch mienił się jak satyna. Cienie
ścieliły się
granatowymi plamami.
Okazało się, \e wyprowadził ją chłopak niewiele os niej starszy. Wysoki, szczupły, elegancki.
Miał jasne
włosy i lekko skośne oczy. Coś w jego postawie przywodziło na myśl rozleniwienie
drapie\nika.
Ale jago twarz nie była zła, nie tak, jak tamte. Był ponury, mo\e trochę przera\ający, ale nie
zły.
-Posłuchaj- mówił szybko, urywanym głosem, zdecydowanym, nie złym.- Nie wiem, kim
jesteś i jak cię się
udało tam wejść, ale lepiej wracaj do domu i to ju\. Nie wiem, kim jesteś, ale na pewno nie
nale\ysz do
klanu Harmanów.
-Skąd wiesz?- zapytała, zanim Anioł podsunął właściwą odpowiedz.
-Bo jestem ich krewnym. Nazywam się Ash Redfern. Nic ci to nie mówi, prawda? Gdybyś
była z klanu,
wiedziałabyś, \e jesteśmy spokrewnieni.
Właśnie, \e nale\ysz do klanu Harmanów. Jesteś czarownicą! Anioł był wściekły. Powiedz
mu to! Powiedz!
Blondyn nie dał jej dojść do słowa:
-Jeśli nabiorą pewności, po\rą cię \ywcem. Nie są tak& Tolerancyjni wobec ludzi jak ja.
Więc dobrze ci
radzę, wsiadaj do samochodu, uciekaj i nigdy tu nie wracaj.
Jesteś zagubioną czarownicą! Powiedz mu! [ Pobierz całość w formacie PDF ]