[ Pobierz całość w formacie PDF ]

zwołuje nas na środek mrocznego pola. Zwiatełka wyznaczają
obszar lądowania i boisko do nocnej gry w piłkę powietrzną.
Moglibyśmy obejść się bez tego. Większość z nas świetnie widzi
w ciemności. Rzucam okiem w stronę Tamry. Większość z nas.
Dla niej to wciąż coś nowego.
Ustawiamy się parami. Na sygnał każda dwójka zrzuci peleryny,
przemieni się i jednocześnie wzbije w powietrze. Tamra i ja
czekamy za Cassianem i Corbinem, ale ja nawet na nich nie
patrzę.
Ramię w ramię z siostrą chłonę ważność tej chwili. Nasz
pierwszy wspólny lot. Tato zawsze tak na to czekał. Serce mu
pękało, że do tego nie doszło.
Leżąc w łóżkach, z zachwytem słuchałyśmy jego opowieści o
lataniu. Mama wyrozumiale się uśmiechała, nie pojmując, nie
rozumiejąc jego miłości do przestworzy i wichru. Niezależnie od
tego, jak bardzo ojciec ją kochał, zawsze pragnął, byśmy były
takie jak on. Przynajmniej pod względem zamiłowania do lotów.
I dziś wieczorem to się wreszcie ziści.
Jeszcze przed zdjęciem peleryn Tamra wyciąga rękę i ściska
moją dłoń. Wygląda na tak szczęśliwą, promienieje takim
spokojem, że wiem, iż tak powinno być. Ja, tutaj ze stadem - oto
moje miejsce. Teraz mogę uwierzyć, że wszystko będzie dobrze.
Zrzucamy okrycia i ludzką powłokę.
W klatce piersiowej czuję znajome parcie, człowiecza
powierzchowność znika i ustępuje miejsca grubszej dra-gońskiej
skórze.
Podnoszę głowę ku niebu, moje policzki się napinają, a kości
rozrastają, wyostrzając rysy twarzy. Oddech się zmienia,
pogłębia, tymczasem nos się unosi, chrząstki trzeszczą wraz z
uwypuklającym się grzbietem. Kończyny rozluzniają się i
wydłużają. To wspaniałe uczucie, niczym długie przeciąganie się
po nieskończonych godzinach tkwienia w za ciasnym
samochodzie. Wyrzynają mi się skrzydła. Wzdycham radośnie,
delektując się ich uwalnianiem. Rozwijają się z cichym sze-
lestem, są nieco dłuższe niż moje plecy. Macham nimi,
ognistozłote membrany testują powietrze.
Widzę, jak hen wysoko suną po niebie chmury niczym dym w
mroku nocy. Nie mogę się doczekać, aż je przeszyję i poczuję na
skórze parę. Spoglądam na swe ciało: skóra migocze jak
bursztynowe światło. Przenoszę wzrok na siostrę i jej widok
zapiera mi dech. Jest przepiękna w opalizującym
srebrzystobiałym wcieleniu. Niczym księżyc w zestawieniu z
moim słońcem.
- Gotowa? - pytam głębokim dragońskim głosem, jedynym
narzeczem, jakim ze względu na przekształcenie naszych strun
głosowych potrafię mówić, gdy jestem w pełni przemieniona. I
oto pierwszy raz słyszę odpowiedz Tamry w pradawnej mowie
naszych przodków, prawdziwych smoków.
Spogląda na mnie oczami o powiększonych tęczówkach i
ciemnych pionowych zrenicach.
- Tak - dudni. I wiem, jak bardzo na tę chwilę czekała. Miękko
odrywa się od ziemi, ja też odbijam się na
palcach stóp i puszczam Tamrę przodem, by mieć ją na oku. Nie
posiadam się z zachwytu: dragońska skóra mojej siostry ma
srebrnoperłowy połysk, a jej ażurowe skrzydła migoczą jak
zmrożony lód.
W mroku nocy błyszczy jak biała gwiazda. Zerkając przez ramię,
woła:
- No chodz! Myślałam, że jesteś szybsza. Pokaż mi, co potrafisz!
Szeroko się uśmiecham i poprzez wiatr szybuję korkociągiem
wyżej, by ją dogonić. Nawet bez smaku słońca na mej skórze to
cudowne uczucie być znowu w powietrzu.
Tamra porusza się ostrożnie, wciąż nie ufa własnym siłom ani
strumieniom powietrza szalejącym wokół nas. Pozostajemy w
tyle.
Inni wyprzedzają nas, szum wichru połyka ich nawoływania, gdy
śmigają obok niczym kolorowe pociski: opali-
zujący błękit Az mieniący się odcieniami różu, migotliwy brąz
pokrewnych mi geodragonów. Dostrzegam Miram i przebłysk jej
bladej opalenizny. Najtrudniej dostrzec wśród nas onyksy,
ponieważ ich metaliczna czerń z tonami purpury zlewa się z
nocnym mrokiem. To jeszcze jeden powód, dla którego z
historycznego punktu widzenia są naszymi najlepszymi
wojownikami. Nikt nie widzi, gdy się zbliżają.
Zwalniam, zauważywszy Corbina i Cassiana. Szybują przez noc
z niesamowitą szybkością, wiatr piskliwie świszczę, gdy dzikim
slalomem pędzą ku niewidzialnej i nieznanej mecie. Zmigają,
prawie ocierając się o siebie, na granicy kolizji. Kręcę głową.
Wciąż ta sama chłopięca buńczuczność, byle tylko popisać się
przed stadem... albo, jak teraz, przed Tamrą. Albo przed tobą,
szepcze jakiś głos. Czym prędzej jednak ze złością go wyciszam.
- Jacinda! Chodz! - woła znowu Tamra.
Stulam skrzydła i przyśpieszam, by za chwilę zwolnić na odgłos
gorączkowego trzepotu skrzydeł siostry, która stara się za mną
nadążyć.
Szybujemy razem ramię w ramię. I to mi wystarczy, myślę. To
więcej, niż kiedykolwiek sobie wymarzyłam. Nie przejmujemy
się, że wszyscy nas przegonili. Zmiejemy się i mkniemy na
skrzydłach wiatru, przedzieramy się przez parną noc, poruszając
się i manipulując powietrzem, jak dwójka małolatów
penetrujących wody basenu.
To dziecięca radość, jakiej nigdy dotąd nie odczuwałyśmy. Aż do
tej chwili.
ROZDZIAA 10
- Może pójdziesz ze mną do domu? Sprażymy trochę korzennych
nasion, pooglądamy telewizję - rzucam, gdy wraz z Tamrą
wracamy z pola lotów. Moje ciało nadal mrowi, po locie jest
rozbudzone i pełne życia. Nie czułam się tak od... Pochmurnieję i
odganiam to wspomnienie, by nie zburzyło mego niedawno
odzyskanego poczucia spokoju.
- Pewnie - zgadza się Tamra.
Uśmiecham się na myśl o tych wszystkich wieczorach, gdy
mama, Tamra i ja gniezdziłyśmy się razem na kanapie i
oglądałyśmy filmy. A potem przypominam sobie, jak rzadko
widuję mamę ostatnio. Prawdopodobnie śpi, wykończona długim
dyżurem w pracy. Gdy wychodziłam po kolacji, wspominała, że
wezmie prysznic i pójdzie się położyć.
- Może mama do nas dołączy.
- Tak - mówię wymijająco. -Jeżeli jeszcze nie poszła spać.
Tamra posyła mi spojrzenie. Wiem, o czym myśli: mama zawsze
czekała na nas, jeżeli wieczorem byłyśmy poza domem. Ale tak
było kiedyś. W przeszłości, gdy czuła, że jakoś panuje nad
naszymi losami.
Otwieram usta, by wytłumaczyć obecną sytuację mamy, ale
milknę... zamykam usta i nasłuchuję, wpatrując się w gęstsze niż
zwykle kłęby mgły wokół nas.
- Jacinda?
- Coś jest nie tak - mówię cicho i unoszę rękę. Chociaż nie
słychać żadnego alarmu, coś się dzieje. [ Pobierz całość w formacie PDF ]