[ Pobierz całość w formacie PDF ]

przemówieniu włączyli żałobną muzykę, dwie miejscowe, Sonia ze sklepu i
Walentyna Iwanowna, nauczycielka, popłakały się, a pózniej wszyscy postanowili
wysłać telegram z kondolencjami prosto na Kreml... Medea, której żałobny strój był
tu jak najbardziej na miejscu, postała tylko tyle ile trzeba i wróciła do swej winnicy i
pracowała w niej do póznego wieczora...
Ten cały zgiełk wokół śmierci wodza mało ją obchodził. Patrzyła teraz na swych
towarzyszy podróży, zwykłych ludzi, tworzących naród, którzy głośno rozpaczali i
płakali, bojąc się o swą sierocą przyszłość, byli i tacy co po cichu się cieszyli ze
śmierci tyrana, ale i pierwsi i drudzy musieli teraz wszystko przemyśleć, nauczyć się
żyć w zmienionym przez jedną noc świecie.
Dziwne, ale również Medea przeżywała coś podobnego, chociaż z zupełnie innego
powodu. List, głęboko schowany na dnie torby, zmuszał ją do zmiany stosunku do
siebie, siostry i zmarłego męża, a przede wszystkim do pogodzenia się z faktem, w
istnienie którego wciąż nie mogła uwierzyć.
Związek męża, uwielbiającego ją przez całe małżeństwo i wychwalającego pod
niebiosa jej
nieistniejące zalety, z siostrą Aleksandrą, którą znała jak zły szeląg, wydawał jej się
niemożliwym nie tylko z przyczyn obyczajowych. Czuła, że został złamany jakiś
wyższy zakaz, chociaż Sandroczka, sądząc po lekkim tonie jej beztroskiego listu,
chyba nawet nie zdawała sobie sprawy, że potajemnie popełniła zbrodnię we własnej
rodzinie. Bała się tylko jednego * że wszystko się wyda...
Sytuacja, w jakiej Medea się znalazła, nie wymagała od niej podejmowania
jakichkolwiek decyzji czy działań * i to ją dręczyło najbardziej. Wszystkie
poprzednie nieszczęścia w jej życiu * śmierć rodziców, choroba męża * wymagały od
niej dużego fizycznego i psychicznego wysiłku; to, z czym miała do czynienia teraz,
było tylko odgłosem dawnego zdarzenia. Samonia już nie żył, ale została po nim
córka Nika, a on nie mógł się już przed Medeą wytłumaczyć.
Mąż ją znieważył, siostra zdradziła, nawet los ją skrzywdził, nie dając dzieci, a to
jedyne, jej przeznaczone włożył do beztroskiego i lekkiego ciała siostry...
Przygnębiał ją również całkowity brak ruchu, zwykle nie potrafiła usiedzieć w
miejscu, a teraz zmuszona była spędzać bezczynnie cały dzień przy oknie,
obserwując jak zmienia się pejzaż i krzątają się podróżni w przedziale.
Jej podróż trwała ponad trzy doby, a ponieważ trasa przebiegała okrężną drogą, z
wyraznym skrętem na północ, w głąb kontynentu, Medea jakby wyprzedziła wiosnę:
wyjeżdżając z zieleniejącego się Krymu, zobaczyła w okolicach Uralu zbity śnieg w
jarach, gołą, skutą mrozem ziemię, a w kazachskich stepach znów dogoniła bujną
wiosnę, gorącą i pstrokatą od tulipanów.
Wysiadła w Taszkencie wczesnym rankiem z wyraznie odchudzonym plecakiem i
spytała
o drogę, wiedząc, że rodzina mieszka gdzieś niedaleko dworca...
Ulica nosiła nazwę Dwunastu Topoli, ale nawet jeżeli były tu jakieś topole, musiały
skromnie się schować wśród bujnie kwitnących moreli, których rzędy ciągnęły się
wzdłuż strumyków przy drodze. Zwitało, była to jej ulubiona pora, narodziny dnia.
Po ciężkiej podróży brudnym pociągiem uderzyła ją nieskazitelna czystość poranka,
w którym mieszały się znajome i obce zapachy: dym po jakimś innym opale i ostra
woń gotowanego mięsa. Wszystko zagłuszał jednak gęsty aromat bzu, którego
ciężkie fioletowe kiście zwisały jak winorośl z glinianych i drewnianych płotów. I
ptaki śpiewały jakby w innym języku, nie tyle dzwięczały, ile trajkotały.
Tymczasem szła nieskończenie długą ulicą, ciesząc się ze spaceru i prostując plecy
obciążone plecakiem, pod który podłożyła po żołniersku palto, zwracała uwagę nie
tylko na numery domów, ale na każdy detal, odkrywając co chwilę coś nowego dla
siebie: na płocie, na przykład, spokojnie siedziała szaroróżowa gołębica, znała tego
ptaka od dzieciństwa, ale na Krymie był płochliwy, dziki
i nie wlatywał do miasta. Lekki poranny wiaterek, dolatujący jak zwykle ze wschodu,
rozwiał ciężki zapach pociągu, którym było przesiąknięte jej ubranie... Usłyszała
nagle wysokie dziecięce głosy niesione jego porywami:
* Woda! Woda! Suwgia!
Kilkoro dzieciaków wyskoczyło z furtek i bram, nad ogrodzeniami pokazały się
dziecięce głowy. Gruba starucha w walonkach i ukraińskiej znoszonej na piersiach
koszuli weszła do strumyka...
Zatrzymała się. Wiedziała, co zaraz nastąpi i czekała na tę chwilę. Dno niegłębokiego
strumyka było przykryte gładkim bladobrązowym kożuszkiem, jak na gotującym się
mleku, i niesione przez wiatr różowe płatki kwiecia moreli powoli opadały na niego.
Słychać już było bulgotanie wody, przed mknącą burą falą unosił się różowy obłok
kwiatów.
Wołanie ucichło i było słychać tylko szemranie wody. Dzieci i starcy otwierali zapory
na odprowadzeniach strumyków, wpuszczając wodę na swoje podwórka.
Rozpoczynał się czas porannego podlewania ogrodów...
Obok domu Lenoczki Medea natknęła się na jasnowłosego chłopca, wyglądającego
na jakieś dziesięć lat. Otworzył przed chwilą zaporę na podwórko i mył teraz
piegowatą twarz burą, podejrzanie wyglądającą wodą.
* Dzień dobry, Szuriku * przywitała się Medea. Podskoczył i z krzykiem zniknął w
krzakach:
* Mamusiu! Masz gościa!
Medea weszła na podwórko i rozejrzała się dookoła: trzy domy, jeden z tarasem i
wysokim gankiem, i dwa pobielone, skromniejsze, tworzyły dziedziniec, pośrodku
którego był ajwan.
Ajwan * taras, weranda (przyp. tłum.)
Od strony letniej kuchni z daszkiem zbliżała się powoli w jej kierunku kochana
Lenoczka, siwa, gruba, w białym fartuchu z wysokim napierśnikiem. Długo się
Medei przyglądała, wreszcie rozłożyła ręce i podbiegła do niej z głupim i radosnym
krzykiem:
* Moje słoneczko!
Natychmiast pootwierały się wszystkie drzwi i okna. Głośno zaszczekał stary
owczarek w budzie, czując, że zaniedbał swoje obowiązki. Na podwórku zrobiło się
od razu tłoczno. Wybiegła cała rodzina: córka Lenoczki Natasza z siedmioletnim
Pawlikiem, Gieorgij, młodszy syn Lenoczki, który bardzo wydoroślał ostatniej zimy,
chuda malutka staruszka z kulą.
 Stara niańka Gala" * domyśliła się Medea.
Na ganku, w białej nocnej koszuli i z przechyloną na bok głową, stała trzynastoletnia
Szusza, starsza córka Nataszy, wschodnia piękność z wyniosłym wyrazem twarzy i
długimi błyszczącymi włosami Azjatki.
Jasnowłosy Szurik chował się za drzewem brzoskwini i co chwilę wyglądał zza
niego.
* Jaka szkoda, że Fiodora nie ma, wyjechał wczoraj w delegację! * martwiła się
Lenoczka, wciąż trzymając Medeę w objęciach. * Czemu nie uprzedziłaś? Zora by
cię odebrał!
Stały otoczone rodziną i każdy cierpliwie czekał na swoją kolej, żeby przywitać się z
ciotką. Tylko Gala burknęła coś pod nosem i pokuśtykała w stronę zapomnianego
przez wszystkich pieca, ze stojącej na nim patelni unosił się czarny dym...
* Ojej, muszę ci zrobić herbaty! Nie, co ja głupia gadam, kawy, tak, kawy! Moja ty [ Pobierz całość w formacie PDF ]