[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Tamuj - odpowiedziała znów
i twarzyczka jej posmutniała -
tamuj - powtórzyła już jakby do
siebie. - Tamuj - westchnęła.
- Biedactwo - ze
współczuciem szepnęła pani
Stefania do Marcinowej. - Może z
czasem będzie można natrafić na
jakiś ślad jej rodziny,
tymczasem zapiszę ją do ksiąg
sierocińca tylko z imienia
"Kaziunia".
Marcinowej łzy zakręciły się w
oczach, wyszła prędko z pokoju,
by się nie rozpłakać.
- Obiad gotowy - rzuciła na
odchodnym.
Kaziunia poderwała się, by iść
za nią.
- Nie, nie - zatrzymała ją
pani Stefania - ty i Marcysia
dostaniecie obiadek tutaj. Muszą
się nóżki wyleczyć, bo jutro
jedziemy.
- Na foksal - ucieszyła się
Kaziunia - na foksal.
Zjadła grzecznie obiad; po
obiedzie, tak jak ją proszono,
spała. Przez resztę dnia była
idealnie posłuszna. Za to w
nocy co chwilę budziła to panią
Stefanię, to Marcinową, to
Alinkę, a wreszcie i małą
Marcelkę, mówiąc, że czas na
foksal, na kulej, na eszalon.
Czekała niecierpliwie ranka,
śniadanie zjadła prędko i już
stała przy drzwiach. Oczy miała
rozszerzone i nienaturalnie
lśniące. Och, żeby drzwi nie
były zamknięte na klucz, dawno
by już sama pobiegła na dworzec.
- Boże, co się z tym dzieckiem
dzieje - myślała ze smutkiem
pani Stefania.
- Mam kulecki, mam kulecki -
przyskoczyła Marcelka, trzęsąc
piąstkami.
- Gupia - z pogardą burknęła
Kaziunia, wykręcając się do niej
tyłem - gupia.
Gdy w końcu ruszono w drogę,
biegnąc na dworzec wyprzedziła
wszystkich. Gnał ją dziki
strach, że "kulej" może odejść.
Wpadła na peron zdyszana,
podbiegła prędko do towarowego
wagonu i stanęła przy nim.
Dopiero wtedy odetchnęła z ulgą.
Eszalon jest... kulej jest... to
było najważniejsze. Będzie
jechać. Dokąd? Po co? - takich
pytań nie zadawała sobie. Tam
gdzie przebywała dłużej na
miejscu, z wyjątkiem dni, gdy
jeszcze była z wujkiem i z
babcią, było jej zawsze bardzo
zle, bili ją, i była głodna.
Jeżdżąc, żywiła się jakoś i była
swobodna.
- Eszalon tu, eszalon tu -
krzyczała, widząc wsiadające
dzieci do innego wagonu.
Pobiegła do pani Stefanii. -
Eszalon tam, eszalon tam -
wskazywała ciągnąc ją za rękaw.
- My jedziemy w wagonie
osobowym, tam jest wygodniej,
niż w towarowym - tłumaczyła jej
Ala.
- Eszalon tam, eszalon tam -
upierała się Kaziunia, nie
rozumiejąc dlaczego nie chcą jej
słuchać. Eszalon, wagon
towarowy, był jak na jej
wymagania bardzo wygodny,
wszyscy Polacy nim jeżdżą, ona
przecież wie najlepiej.
- Pojedziesz tym wagonem, co i
my - zadecydowała pani Stefania.
Kaziunia rozpaczliwie powiodła
oczyma po eszalonie, wszystkie
drzwi były pozamykane.
Niechętnie dała się zaprowadzić
Ali do wagonu.
Pociąg ruszył, na stacji
została, ocierając łzy,
Marcinowa. Dzieci z okien
machały do niej na pożegnanie
rękami, przesyłając całusy i
serdeczne słowa.
- Proszę teraz siadać każde na
swoim miejscu. - Zarządziła pani
Stefania, gdy już minęli stację.
- Kaziuniu, twoje miejsce będzie
tutaj przy oknie.
Dzieci rozlokowały się.
Kaziunia przycupnęła na ławce
obok Marcelki.
- Kulej jedzie, kulej jedzie -
cieszyła się pokazując małej
sąsiadce znikające budynki.
Marcelka z przejęcia wysunęła
koniec języka. - U... u... u...
- wrzasnęła wreszcie - u...
u... u...
- Wijo kulej, wijo kulej -
popędzała pociąg Kaziunia.
- Wijo kolej, wijo kolej -
zawtórowali Tadzik i Zbyszek.
- Wijo, wijo, do Aszchabadu! -
rozkrzyczały się dzieciaki.
Pani Stefania rada była każdej
wesołości dziecięcej, tym
bardziej, że była ona u nich
nieczęstym zjawiskiem. Smutek i
przygnębienie przeważyły w ich
życiu, łzy były stałym
towarzyszem, a śmiech tylko
rzadkim gościem. Nie sądzonym
jednak jej było odbyć tę podróż
w spokoju, bo gdy pociąg
zatrzymał się na dużej, węzłowej
stacji, a dzieciarnia rzuciła
się do okien - zanim ktokolwiek
się spostrzegł, Kaziuni już nie
było w wagonie. Zniknęła w
niewiadomy sposób, nikt nie
widział jej wysiadającej.
- Uciekła, jednak uciekła -
smuciła się pani Stefania. - I
co z nią będzie? Zginie z głodu,
lub choroby. Mój Boże! - łzy
napłynęły jej do oczu, robiła
sobie wyrzuty, że może nie dość
serdecznie opiekowała się małą.
Przeszukała wagon i stację bez
rezultatu. Może jeszcze wróci -
pocieszała się - może wróci. - I
w tej nadziei stała w otwartych
drzwiach wagonu, wypatrując
dookoła zguby.
Nagle z daleka zobaczyła
figurkę przeskakującą tory,
serce zaczęło jej bić
gwałtownie. Kaziunia z
zaciętością pokonywała
przeszkody, za duże buty
utrudniały jej bieg. W jednym
ręku niosła naczynie blaszane, z
którego wychlapywała się woda,
drugą ręką przytrzymywała bochen
chleba. [ Pobierz całość w formacie PDF ]