[ Pobierz całość w formacie PDF ]

literackie. Autor pisał w tak przemyślny sposób, że obie warstwy znaczeń jego testu nie
przeszkadzają sobie wzajemnie. Znać tu niezwykłą plastyczność w operowaniu słowem. To, bez
dwóch zdań, był prawdziwy geniusz lingwistyczny i naukowy. Wartość antykwaryczna dla
znawców znaczna, mogłaby sięgać dwóch tysięcy złotych. Jak mówiłem, o tę sumę mnie jednak
nie zapytano. Rozmowy skończyły się w momencie gdy wskazałem sposób w jaki należy
odczytywać słowa greckie.
 Czy podejrzewa pan, że teoria psychologiczna przedstawiona w tej księdze mogłaby
być nadal aktualna?  spytał Drwęcki.
 Nie wiem, nie znam się na tym, ale chyba jest to prawdopodobne. Początkowo
wykluczałem taką możliwość, sądziłem, że mam do czynienia z opowieścią fantastyczną, ukrytą
w nietypowej narracji szkatułkowej. Czymś w rodzaju Pamiętnika znalezionego w Saragossie
naszego Jana Potockiego, ale o bardziej wyrafinowanej formie. Ująłbym to tak, że u Potockiego
mamy więcej szaleństwa, tu zaś więcej geniuszu& Dobrze, przepraszam, już wracam do
meritum! Otóż, moi panowie, dokładnie w zeszłym roku w Związku Sowieckim ukazało się to&
 gospodarz wstał i zdjął z półki oprawiony w skórę tom z tytułem wytłoczonym złotą cyrylicą.
Podał go Jerzemu.
 Iwan Pawłow Wykłady o czynności mózgu  odcyfrował powoli komisarz.
 Niektóre spostrzeżenia są zdumiewająco podobne!  oznajmił podekscytowany
antykwariusz.  Autor tego starego diarusza pisze wprost, że ludzi można tresować niczym psy,
a Pawłow między wierszami też sugeruje taką możliwość. Aż skóra cierpnie kiedy pomyśli się
czego ten bolszewicki profesor nie ujawnił! I czym mogą teraz zajmować się jego uczniowie&
 A czego nie ogłoszono? Ma pan jakieś przypuszczenia?  zainteresował się
Leśniakiewicz.
 W miarę dokładnie odcyfrowałem zapiski tego anonima dotyczące budzenia poczucia
winy. Jest tam konkluzja, że można człowieka tak przekabacić, że uwierzy on, że jest winien
niesłychanych zbrodni i sam będzie na siebie domagał się jak najsurowszej kary. U Pawłowa
znalazłem podobny wywód, ale bez tej konkluzji, chociaż wyraznie się nasuwała. Podejrzewam,
że ją utajniono. Podobny charakter mają uwagi dotyczące fanatyzmu. Według mnie, stąd tylko
krok do czegoś w rodzaju technologii produkcji sekt. Człowiek poddany takim zabiegom,
wykona każdy rozkaz i nawet nie pomyśli, że może być jakieś  ale .
 Psychologia bez  ale &  powtórzył jak echo Leśniakiewicz.
 Słucham?  nie zrozumiał pan Władysław.
 Czy robił pan jakieś notatki?  spytał Drwęcki.
 Ależ oczywiście! Przetłumaczyłem kilka fragmentów manuskryptu. Niestety,
ukradziono mi je podczas włamania do domu, pół roku temu.
 Który komisariat prowadził śledztwo?
 Przykro mi&  zmieszał się antykwariusz.  Nie zgłosiłem tego na policję, bo poza
tymi zapiskami nie zginęło nic szczególnie cennego. A miałem na półce kilka prawdziwych
białych kruków.
 Podejrzewa pan kogoś?
 Oczywiście. Tego młodego człowieka, który podawał się za właściciela manuskryptu.
 Czy zechciałby pan przejrzeć naszą kartotekę?
 Kiedy tylko panowie sobie zażyczą.
 Teraz. Sprawa jest nie cierpiąca zwłoki.
 Jestem do dyspozycji!  oznajmił antykwariusz wstając z krzesła.
17. Dziki Zachód
Tak, to zdecydowanie nie była rodzina, w której dziedziczyło się stare księgi. Raczej
puste butelki, szmaty z trzeciej ręki i wszelki szmelc, jak choćby tę zawieszoną na ścianie
przerdzewiałą balię. Z daleka widać było, że jest dziurawa, ale z pewnością mogła się jeszcze do
czegoś przydać, więc jej nie wyrzucono. Wszyscy domownicy zaś, od lat mieli znacznie
ważniejsze sprawy na głowie niż przyziemne drutowanie miski. Co zaś się tyczy dziedzicznych
manuskryptów, jedynym rodzajem, jaki mógł wchodzić w grę w tym przypadku były odpisy
wyroków sądowych, gdyby od razu demonstracyjnie nie wieszano ich na gwozdziu w wychodku.
Pan Władysław znalazł pośrednika po zaledwie kwadransie spędzonym w kartotece.
Antykwariusz przewertował albumy jak maszyna, nie poświęcając na każde zdjęcie więcej niż
trzy sekundy uwagi, po czym bez wahania wskazał niejakiego Michała Sobczyka, lat dwadzieścia
trzy, wykształcenie podstawowe pełne, ale z kolejnych trzech szkół zawodowych relegowany za
brak pilności. Notowany za kradzieże, paserstwo i rozboje na studentach, to ostatnie stanowiło
jedyny kontakt Sobczyka z wyższym wykształceniem. Wszakże trzeba było mu oddać
sprawiedliwość, że wyglądał inteligentnie. Nos, póki co, miał cały, wszystkie zęby, żadnych
szram na gębie. W porządnym ubraniu faktycznie mógł wejść do eleganckiego antykwariatu nie
budząc podejrzeń personelu. Do tej pory Sobczyk odsiedział w sumie dwa lata i był doskonałym
kandydatem na przestępcę z nawyknienia, jak jego ojciec, dziadek i pradziadek. Reprezentował
typową złodziejsko-bandycką dynastię, wywodzącą się od byłego katorżnika, bynajmniej nie
politycznego, który po odbyciu kary otrzymał administracyjny nakaz osiedlenia się na
peryferiach prowincjonalnego miasta Cesarstwa Rosyjskiego, czyli zachodnich obrzeżach
Warszawy, które do tej pory stały się śródmieściem europejskiej stolicy. Podobnych rodów żyło
w tej okolicy wiele. Wystarczająco dużo, aby powstrzymać czas i postęp oraz wygenerować w
tkance miasta kolejną enklawę, którą cywilizowana historia zwykła rozsądnie obchodzić
szerokim łukiem, by nie oberwać gazrurką. Linie tramwajowe omijały ten rejon. Właściwie
należałoby go nazwać Dzikim Wschodem, bo kwitnące tu obyczaje przeniesiono żywcem z
przyuralskich prowincji Imperium, ale w ostatnich latach, od czasu gdy w kinach pojawiły się
amerykańskie westerny, z upodobaniem zaczęto nazywać tę część śródmieścia Dzikim
Zachodem. Jego granice wytyczały ulice %7łelazna od wschodu, Towarowa od zachodu oraz Aleje
Jerozolimskie i Ogrodowa, odpowiednio od południa i północy. W roli Wielkiej Prerii można
byłoby obsadzić Plac Kazimierzowski gdzie kowboje-policjanci nieustannie gonili Indian-
złodziei, broniąc osadników, czyli klientów tamtejszej hali targowej. Trzymając się tej analogii,
przylegający do północno-zachodniego narożnika Dzikiego Zachodu bazar na Placu Kercelego
robił za Alaskę, gdzie wrzała nieustanna gorączka złota. Brakowało tylko żywego Charliego
Chaplina, ale jego sobowtórów można było mieć na życzenie, hurtem i detalicznie&
Aktualnie jednak Drwęcki nie był w nastroju żartów. Odechciało mu się malowniczych
porównań w chwili, gdy wchodząc tutaj, na trzecie piętro zapuszczonej oficyny w podwórku
kamienicy przy Wroniej, na półpiętrze omal nie wdepnął w ludzkie gówno, zrobione dokładnie
pośrodku podestu. Szyby na klatce były powybijane, a mimo to śmierdziało tak, jakby okna
zamurowano na głucho. Obrzydzenie przeszło w głuchą wściekłość gdy towarzyszący mu [ Pobierz całość w formacie PDF ]