[ Pobierz całość w formacie PDF ]

pamięcią rozporządzał ów artysta i wioskowy głupek w jednym
ciele! Czy możliwe, by spojrzenie, z pewnością dość krótkie,
mogło utrwalić aż tyle szczegółów? Nie, z pewnością większa
część tej rzezby została poczęta w chorym umyśle... Jak to
sprawdzić? Jak sprawdzić?!
Starsi wsi, zebrani w domu Saula i Havena, spozierali w mil-
czeniu na dostojnego gościa pożerającego wzrokiem dłubaninę
Mika-niedojdy. Z rzadka tylko ktoś zakasłał.
- Czy on... - zaczął ochrypłym głosem Renhold.
Chłopi poruszyli się.
- Czy on - powtórzył doradca gubernatora, odkaszlnąwszy 
zdoła... umie zapamiętać wszystko, co zobaczy?
Wieśniacy naradzili się półgłosem, nie potrafili jednak udzie-
lić odpowiedzi. W końcu znów posłano po Mika.
Sa-Veres dalej oglądał niezwykłą rzezbę.
Przyprowadzono półgłówka. W ręku trzymał rylec i kawałek
kory. Renholda olśniło.
- Czy to wszystko, co mu jest potrzebne do pracy? - zapytał,
obserwując twarze chłopów.
- Znaczy... wasza dostojność chce, coby on... ten tego? - dzi-
wił się Maneo.
Renhold powściągnął irytację.  Ten tego" było warte dlań
więcej niż ta cała wieś.
- Owszem - potwierdził.
- Kowal, znaczy, daje jemu różne takie żelastwo... że niby bol-
ce... ćwieki... Takie tam...
- Przynieście mu wszystko.
Miko, wyczuwając, że jest ważny, ciekawie spoglądał po twa-
rzach chłopów, dopytując się co będzie. Zbywano go byle czym,
ale - by rzec prawdę - zachowanie pana z Narvezu wszystkim
wydało się dziwne. Nie śmieli jednak pytać, ani nawet szeptać
między sobą. Skoro młody pan życzył sobie gadać o głupku
i z głupkiem, to widać miał jakieś powody.
- Miko - rzekł Renhold, gdy niedojdzie przyniesiono rozmai-
te narzędzia i kilka różnych kawałków drewna - czy chciałbyś
dostać... to?
Wyjął spod szaty dość duży, srebrny krzyż, który nosił na pier-
si, posłuszny naleganiom Semeny, i podsunął drągalowi przed
oczy.
- Jejuśku!
- Dostaniesz - obiecał Sa-Veres, chowając krzyż na powrót -
ale musisz wystrugać mi z drewna taki sam, tylko większy. Poją-
łeś? Dokładnie taki sam, nie inny.
Uradowany Miko porwał swoje narzędzia i natychmiast przy-
stąpił do pracy, uśmiechając się i pogadując do siebie. Renhold
przez jakiś czas patrzył mu na ręce, potem oparł podbródek na
dłoni i zamyślił się, utkwiwszy wzrok w rzezbie amazonki.
 Wielki Boże, gdybyż to wszystko okazało się prawdą! Nie
chcę nic, tylko tego, by istniała istota, którą to wielkie dziecko
wyobraziło w drewnie... wziętym przecież znikąd indziej, jak
z mrocznego lasu Heastseg... Niechże to się okaże prawdą!" -
myślał z żarliwością godną moditwy.
Gdy po pewnym czasie, z obawą, bo nie był pewien tego, co
zobaczy, powrócił spojrzeniem do wielkich dłoni Mika, kontur
krzyża był już wyraznie zaznaczony, a niepiśmienny niedojda
drążył rylcem pierwsze litery wytrawionego w srebrze zdania:
POKJ MJ WAM DAJ.
Chorąży Berg przygryzł wąsy.
- Nie, panie - powtórzył - nie pójdą.
Renhold uderzył pięścią w stół. Opanował się jednak zaraz
i pożałował wybuchu niezadowolenia.
- A ja ci mówię, Berg, że pójdą.
- Wasza dostojność...
- Pójdą, Berg! Choćbym miał powiesić którego dla przykładu!
Zerwał się, przypasał rapier i wyszedł, zostawiając chorążego
za plecami.
Ale gdy szedł ku milczącej, ponurej grupce orężnych zbirów,
pewność siebie stopniowo go opuszczała. Ci ludzie nie mieli za-
miaru iść z nim dokądkolwiek (chyba że do Narvezu), a już do
puszczy - nigdy. Powiesić którego? Dobry pomysł. Tylko kto
wykona ten rozkaz? Zresztą, odmowa była najłagodniejszą rze-
czą, jakiej mógł się spodziewać. Właściwie, usłyszawszy  nie",
powinien wyjąć rapier i przeszyć nim mówiącego na wylot. Za-
straszyłby całą resztę, zapracował na ich szacunek... albo nie-
nawiść. Nie miał złudzeń: gdyby tylko zabłysła nadzieja na za-
chowanie całej skóry, jego  eskorta" zarżnęłaby go bez chwili
wahania. A on chciał ich właśnie zawlec do najdzikszego lasu
świata.
Renhołd odwiedził ze swym oddziałem trzy wioski. I on, i żoł-
nierze, ujrzeli na własne oczy, że dziki kraj nie jest już wcale
tak dziki i bezludny. Wioski były biedne, ale nie aż tak, by bra-
kło w nich strawy, piwa i kobiet dla kilkuosobowej zbójeckiej
bandy. Renhold Sa-Veres widział ostatni okres Wojny Sześćdzie-
sięcioletniej - zdawał więc sobie sprawę, jak łatwo tworzą się
 kompanie" złożone z rozbestwionych żołdaków i jaką klęską
mogą być dla kraju. Jeśli chciał się przyczynić do powstania
pierwszej  kompanii" w Prowincji Heastseg, to właśnie miał
znakomitą po temu okazję.
- Wasza dostojność - zaczął jeden z kuszników, postępu-
jąc naprzód, a zabrzmiało to tak, jakby mówił:  Posłuchaj no,
chłopcze!".
- Stul pysk.
Kusznik nie posłuchał.
- Pora wracać - powiedział. - Wasza dostojność możesz sobie
iść do lasu, jeśli chcesz.
Renhold wyjął rapier i bez słowa wbił go w ziemię krok za so-
bą, z powrotem zwrócił się ku mówiącemu i splecionymi dłoń-
mi oburącz wyrżnął go w szczękę od dołu. Natychmiast podsta-
wił nogę i pchnął w pierś; kusznik przewrócił się, a wówczas
Renhold skopał go jak psa, sumiennie i tak porządnie, że bydlak
omal nie wyzionął ducha. Wykonawszy swą pracę, młody do-
radca gubernatora wyszarpnął z ziemi broń, skierował sztych
ku sponiewieranemu żołnierzowi, ale po krótkiej chwili namy-
słu wsunął klingę do pochwy i rozejrzał się po twarzach jego to-
warzyszy.
Wyglądało na to, że podreperował swój autorytet. Ale gdy minie
pierwsze wrażenie  był pewien  znowu zaczną się zastanawiać,
co właściwie robią za plecami szaleńca łażącego bez celu po naj-
dzikszych ostępach.
- Pogadamy. Pozbierajcie go i chodzcie.
Kusznik, stękając, popatrzył z ziemi na kamratów. Ale Ren-
hold odwrócił się już i szedł z powrotem do chaty myśliwego.
Wkrótce, ociągając się, podążyli za nim.
Sa-Veres czekał, wsparty rękami na stole. Gdy weszli do izby,
wskazał figurę i rzekł krótko:
- Znalazłem, czego szukałem. Wiecie, co wyobraża ta rzezba?
Nie czekając na odpowiedz, mówił dalej.
- Przybyłem do Heastseg nie z musu ani głupoty, jak wy. Po
co więc przybyłem? By objąć znakomite stanowisko? By zaba-
wić się w pięknym, przebogatym mieście Narvez? A może ko-
cham podróże? - pytał z coraz większym sarkazmem.
%7łołnierze patrzyli po sobie, nie wiedząc, ku czemu doradca
gubernatora - w tak dziwny sposób - zmierza. [ Pobierz całość w formacie PDF ]