[ Pobierz całość w formacie PDF ]

drgnął. Popatrzyłem na nie uważnie, a potem po wysokiej trawie podszedłem do noszącego
znak kota mężczyzny.
Poczekał, aż znalazłem się w odległości wyciągniętego miecza, a potem przemówił -
były to miękkie, niewyrazne słowa, brzmiące niczym jakaś formuła. Potrząsnąłem głową i
odpowiedziałem w języku Ludzi z Dales.
- Pozdrowienie dla dzielącego ze mną drogę, niech... - zawahałem się. Nie
powinienem ofiarowywać mu Błogosławieństwa Płomienia - mogło być to dla niego obrazą,
szczególnie jeżeli czcił inne siły. Sam także nie powinienem tego robić, byłem naznaczony, a
tylko prawdziwi mężczyzni mogli wzywać Płomień.
Zmarszczył brwi. Po raz pierwszy przez jego kamienną twarz przepłynęło uczucie
zdziwienia. Kiedy przemówił ponownie, posłużył się językiem Krainy Dales. Mówił z
dziwnym akcentem, ale można było go zrozumieć.
- Gdzie jedziesz, człowieku? - Słowo  człowiek" nabrzmiało w jego ustach jak obelga.
- W poszukiwaniu... - znowu się zawahałem. Informowanie pierwszej napotkanej
osoby o celu mego przybycia mogło być błędem.
- W poszukiwaniu... - podpowiedział. Teraz w jego oczach spostrzegłem ponury
wyraz. - Dawnych skarbów, zwałów śmieci, które można przeszukać, ludzki sępie.
Opuścił dłonie, ale tylko po to, aby podnieść wodze. Wiedziałem, że przygotowuje się
do dalszej drogi, tam gdzie moje wierzchowce nie mogły pojechać. Czułem, że jeżeli
odjedzie, już nigdy więcej nie zobaczę jego ani jego ziomków, a przecież równie dobrze mógł
reprezentować tych, do których przyjechałem.
- Nie poszukuję dawnego metalu, nie jestem sępem - powiedziałem pospiesznie. - Jadę
z wiadomością.
- Jaką wiadomością i do kogo? - najwyrazniej był zniecierpliwiony.
- Znam treść wiadomości... ale komu mam ją doręczyć... tego nie jestem pewien.
- Zagadki! - warknął na mnie pogardliwie.
Nie zagadki, tylko nieświadomość. Przyjechałem z Dales, gdzie od ponad dwóch lat
toczy się wojna...
Zawracał właśnie konia, ale na dzwięk tego słowa zatrzymał się.
- Wojna. - W jego głosie znowu zabrzmiała pogarda. - Jeden drobny lord przeciwko
swemu krewnemu, kłócący się o połowę jałowego wzgórza.
Najwyrazniej lekceważył Ludzi z Dales. Zgodziłem się z nim w myślach. Przez lata
na tym właśnie polegała wojna - rodzinne wendety, w których ginęli mężczyzni, nie było
jednak grabieży ziemi.
- To prawdziwa wojna - spróbowałem wyjaśnić. - Najezdzcy zza morza, ludzie, jakich
nigdy dotąd nie spotkaliśmy, korzystający z nowych, siejących straszliwe spustoszenie broni.
- Nie musiałem mu wyjaśniać, iż większość machin nie nadawała się do użytku z powodów
dla nas całkowicie niezrozumiałych. - Zajęli całe wybrzeże, a teraz przesuwają się w głąb
lądu. Cały czas przybywają do nich wojskowe posiłki. Giniemy, a nie ma kto zająć miejsc w
opustoszałych siodłach, brak też zwierząt, które można by osiodłać.
Pochylił się do przodu i zmrużył oczy, światło zalśniło w ich głębi barwiąc je tym
samym kolorem, którym przedtem błyszczały oczy kota wyrzezbionego na hełmie.
- Więc dlaczego przybyłeś na Odłogi... w pancerzu wojownika? Czy uciekasz?
Już dawno nauczyłem się panować nad przewalającą się w moim umyśle lawiną
uczuć. Nie musiałem okazywać wściekłości, mężczyzna i tak ją odczuł.
- Jadę z wiadomością, tak jak już wcześniej powiedziałem. - Zrozumiałem, że mogę
osiągnąć swój cel jedynie mówiąc prawdę. - Wzięliśmy jeńców i od nich właśnie
dowiedzieliśmy się, że szukają zródła Mocy znajdującej się daleko na zachodzie. Wydaje się,
że są o tym głęboko przekonani. Tak więc nasza Kraina - Dales - nie jest ich ostatecznym
celem... ale to... - zatoczyłem ręką łuk wskazując na łąkę, gdzie staliśmy. Bransoleta
ponownie zabłysła. - Wasza kraina i być może ci, którzy są twymi krewnymi.
Z jego gardła wydobył się dzwięk podobny do prychnięcia dzikiego kota. Wskazał
teraz na bransoletę.
- Skąd to masz? - zapytał.
- Znalazłem w strumieniu - w Dales. Uśmiechnął się, jego uśmiech przypominał
grymas kota, chociaż zęby nie różniły się od moich.
- A skąd masz to? - tym razem wskazywał na moje kopyta. Odpowiedziałem
spokojnie.
- Dziedzictwo... albo przekleństwo. Różnie o tym mówią. Ponownie popatrzył na
mnie przymrużonymi oczyma. Gdy przemówił, jego głos był łagodniejszy.
- Wydaje mi się, że znalazłeś kogoś, kto wysłucha twojego przesłania - lub będzie
chciał wysłuchać po naradzie. Twoje zwierzęta - spojrzał na przerażone pustynne konie - nie
mogą jechać naszym śladem. Umarłyby z trwogi, gdyby zbliżył się do nich ktoś z moich
ludzi. Pojadę do mego przełożonego. Jeżeli będzie chciał się tobą zobaczyć, wtedy powrócę...
człowieku z Dales.
Wskazał teraz na północ.
- Tam jest woda i dobre pastwisko. Jeśli chcesz, rozbij obóz, i zaczekaj. - Zawrócił
konia, potem odwrócił się i spojrzał przez ramię. - Jestem Herrel.
Byłem zdumiony. Moi ludzie mocno wierzą, że niebezpiecznie jest podawać swoje
imię nieznajomym - imię jest częścią istnienia, można przez nie wpłynąć na osobę, której
zostało nadane. Ten nieznajomy okazał mi ogromne zaufanie. Odpowiedziałem szybko.
- Nazywam się Kerovan. - Nie podałem żadnego tytułu, żadnego już nie miałem.
Wykonał gest pożegnania i odjechał nie oglądając się. Poprowadziłem moje
wierzchowce na wskazane miejsce.
Nie musiałem długo czekać, Herrel powrócił z towarzyszem, na którego hełmie
widniał orzeł z na wpół rozpostartymi skrzydłami, w okrywającą jego konia kapę zostały [ Pobierz całość w formacie PDF ]