[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Zacita zamyśliła się. Kartr jednak odniósł wrażenie, że nie uznała tej wieści za
bezwzględnie pomyślną. Dlaczego? Zacathańska dama z najwyższych sfer - złoty znak na
czole oznaczał, że należała do Issittich, jednego z bajecznie bogatych i szlachetnych Siedmiu
Rodów - powinna pragnąć jak najszybciej wrócić do galaktycznej cywilizacji.
- Technik Dalgre uważa, że gdybyśmy odnalezli jakiś stary statek, mógłby go
uruchomić. Widział, jak doskonale zakonserwowano urządzenia w mieście. Zna typ statku,
którym tu przybyliśmy.
- Mam nadzieję, że cokolwiek tu znajdziemy, będzie trwalsze od tamtego grata - rzucił
Dalgre z goryczą.
- To ważna sprawa. Trzeba to jeszcze przemyśleć. - Kartr napotkał spojrzenie Zacity i
był pewien, że dostrzegł w jej oczach zachętę. - Nie mam ochoty startować stąd w pojezdzie,
który może okazać się bezużyteczny w dalszej przestrzeni. Znam skuteczniejsze i mniej
bolesne sposoby popełnienia samobójstwa.
- Ale przecież możemy odwiedzić to miejsce - w głosie Dalgre a zabrzmiała niemal
błagalna nuta.
- Zgadzam się, o ile uda nam się to zrobić, nie kontaktując się z tubylcami. Nadchodzi
czas ich dorocznej pielgrzymki. Nie wolno nam się z nimi zetknąć. Cummi zaraził i zgładził
ten klan równie skutecznie, jakby zrobił to miotaczami. Nie możemy być chodzącą śmiercią
dla całego narodu!
- Bardzo słusznie - zgodził się Zicti. - Zróbmy tak - wyślijmy patrol zwiadu, żeby
nawiązał kontakt umysłowy z jednym z klanów zmierzających na to zgromadzenie. Z tym, że
nasi będą musieli działać niepostrzeżenie. Tubylcy ci posłużą nam za przewodników.
Ruszymy za nimi z całym naszym sprzętem. Czy szalupa nadaje się jeszcze do użytku?
- Może przelecieć najwyżej dwadzieścia, dwadzieścia pięć mil - stwierdził stanowczo
Dalgre.
- No cóż, marsz jest zdrowy - ciągnął Zicti. - A co pan o tym sądzi, sierżancie?
- To najlepsze rozwiązanie.
Zinga wstał i wskazał palcem Roltha. - Chodzmy nocą - twoje sowie oczy nas
poprowadzą, a ja nawiążę kontakt z miejscowymi. Jak tylko znajdziemy, czego szukamy,
zaraz damy wam znać.
Rozdział XV - Miejsce spotkań bogów
Przed północą otrzymali oczekiwaną wiadomość: Zinga i Rolth znalezli grupę
tubylców, którzy rozłożyli się obozem na noc. Upewnili się też, że grupa zmierza do Miejsca
Spotkań Bogów. Póznym popołudniem następnego dnia zwiadowcy porzucili swe
obozowisko i ruszyli szlakiem wytyczonym przez niczego nieświadomych przewodników.
smego ranka, Kartr i Zacathanie odebrali sygnał, świadczący o dużym zgromadzeniu,
niezbyt daleko od nich. Musieli więc znajdować się już blisko celu. Wybrali gęste zarośla,
dobrze chroniące przed niepowołanym spojrzeniem i założyli obóz. Noc przespali
niespokojnie, zmieniając warty, a Zinga, Kartr i Rolth wyszli lepiej rozejrzeć się po okolicy.
Auna, która przyciągnęła ich uwagę, nie pochodziła od miejskich świateł, lecz z około
setki ognisk. Zwiadowcy przemykali nad krawędzią rozległej kotliny, w której zgromadziły
się klany, unikając kontaktu z nielicznymi maruderami dobijającymi do gromady.
- To naprawdę jest kosmodrom!
- Skąd wiesz? - Kartr wbijał oczy w mrok, starając się dostrzec dowody na to, co Rolth
stwierdził z takim przekonaniem.
- Ziemia w kotlinie nie raz stykała się z płomieniami silników startowych. Tyle, że
wszystkie ślady są bardzo stare.
- W porządku. Więc zlokalizowaliśmy stary port - głos Zingi był zniecierpliwiony,
słyszało się w nim rozczarowanie. - Jednak port to jeszcze nie statek. Widzisz tam jakiś,
bystrooki?
- Nie - odpowiedział Rolth spokojnie. - Ale po drugiej stronie jest jakiś budynek, o
tam. Widzicie? Płomienie trochę go oświetlają.
Kiedy dowiedział się, na co patrzeć, Kartr rzeczywiście zaczął dostrzegać rozległą
budowlę, ledwie widoczną w słabym świetle.
- Jest ogromny.
Rolth osłonił nieco oczy, by nie przeszkadzał im blask ognisk.
- Daj mi lornetkę, Kartr. - Kiedy ją dostał, w głosie pojawiło się lekkie podniecenie. -
Jest wielki, większy niż wszystko, co widzieliśmy w mieście! W dodatku& byłeś kiedyś w
Central City?
Kartr roześmiał się z goryczą. - Widziałem je na ekranie. Czy sądzisz, że nam,
barbarzyńcom z kresów galaktyki, pozwolono dostać się do zródła wszelkiej mądrości i
przekonać się na własne oczy, jak naprawdę wygląda?
- A co ma tu do rzeczy Central City? - spytał Zinga.
- A ty tam byłeś?
- Nie. Ale filmy mogą dać ci niezłe wyobrażenie o takim miejscu. Ten budynek przed
nami jest dokładną kopią Pałacu Wolnych Planet. Jeśli się mylę, to zjem go kamień po
kamieniu!
- Co? - Kartr gwałtownie wyrwał mu lornetkę. Jednak nawet przez nią widział jedynie [ Pobierz całość w formacie PDF ]