[ Pobierz całość w formacie PDF ]

tuż przed operacją. O czym myślał tamtej nocy?
– Tego się nie dowiemy. Nigdy.
– I chyba dobrze.
– Tak.
Nie wszystko trzeba wiedzieć, nie wszystko można. Zrozumiałem to z trudem. Każda
myśl tak niełatwo torowała sobie drogę, zanim stała się moją własną myślą, jakby przychodzi-
ła z bardzo daleka. Nie powiem mu, że uderzyłem wtedy Irminę. Za niego. Za to, co myśla-
łem o niej. Za wszystko, czego o mojej siostrze nie wiedziałem. Jeśli ona mu tego sama nie
powiedziała, dała mi tę właśnie szansę: że nie muszę mówić.
– Wiesz już, jak będzie, z nami?
– Wiem – mówi Zawistowski. – Tak, jak jest teraz.
Podaliśmy sobie ręce.
– I tak, jak będzie – powiedziałem.
Idę przez park. Wszędzie pełno kasztanów. Drzewa, dużo drzew. Zapełniają prze-
strzeń, która traci wymiary. Wśród drzew nie czuje się odległości, idziesz od drzewa do drze-
wa i między nimi, może już sto metrów, może tysiąc, i nie wiesz, jak daleko zaszedłeś.
XVI
Tak wiele drzew w tym parku. Kiedy przystajesz i one stają z tobą, jakby zatrzymywał
się czas. I znowu idziesz, i wtedy czas zaczyna płynąć, wyraźnie wyczuwalny. Idąc wśród
drzew czujesz, że idziesz w czasie.
Chyba dobrze być malarzem. Tak sobie myślę: powiem kiedyś Ewie, żeby namalowa-
ła dużo drzew, różnych. I na wszystkich żeby wisiały zegarki. Dużo zegarków. Wielkie
i małe, wiszące na drzewach, a na każdym zegarku żeby była inna godzina. Sam namalował-
bym to, ale nie potrafię, więc poproszę Ewę. Pewno mi odpowie:
– To już było. Może u Salwadore Dali albo u kogo innego, musiało już być. Wszystko
już było. Ale możemy spróbować...
A ja wtedy:
– Szkoda, że nie umiem malować, choćby jak ty.:
– Dlaczego? – może spytać.
– Bo tylko malarz potrafi zatrzymać czas, w tej właśnie chwili, którą wybrał. Żeby mu
dać, jaką chce, barwę, z pełnej skali kolorów, od czerni do czerni, prawda?
Cofnęłaby się pół kroku i przymrużyła oczy. Bo to by było nieźle powiedziane. Ale ja
tego nie powiem. I może w ogóle nie będzie nigdy takiej rozmowy. To nieprawda, że tylko
malarz potrafi. Po co mówić nieprawdę?
Już trzeci raz przechodzę koło liceum plastycznego, które mieści się tu
w łazienkowskim parku. Właśnie wysypała się z niego gromada dziewcząt z teczkami
i wielkimi blokami rysunkowymi. Dlaczego robią tyle hałasu?
Tak samo widocznie myśli dozorca parkowy, bo woła za nimi:
– Ciszej tam, artystki! Musicie tak wrzeszczeć?
Wśród dziewcząt jest i Ewa. Spostrzega mnie, odchodzi od grupy. Nie dziwi się, że tu
stoję. Patrzę na nią i nie wiem, co powiedzieć.
– Czekasz na mnie?
– Nie... przechodziłem.
– Nie byłeś w szkole? – pyta.
– Nie.
– Stało się coś?
– Tak.
– Z waszym dziadkiem?
Nie odpowiadam, więc ona wie już, że się stało, i milczymy obydwoje.
– Odprowadzę cię do bramy – mówię po chwili. – Chodź!
– A ty?
– Pójdę przez park, poszukam Irminy. Trzeba jej to powiedzieć. Trzeba ją zabrać do
domu. Ona tu gdzieś musi być. Poszukam...
– Iść z tobą?
– Nie. Muszę sam.
– Ale czekałeś tu na mnie? – pyta. Zatrzymuje się, cofa o pół kroku i mruży oczy. –
Przecież czekałeś.
– Chyba tak.
Już brama, mijamy dozorcę. Na przystanek podjeżdża autobus linii 107. – Leć! Jesz-
cze zdążysz – mówię.
– Może jednak iść z tobą? Może będę potrzebna Irminie? Przyjść do was wieczorem?
– Nie. Lepiej nie.
– Kiedy się zobaczymy? [ Pobierz całość w formacie PDF ]