[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Jane Ingleby z wdziękiem skłoniła głowę, a Ferdynand zaczerwienił się, lekko się ukłonił
i zrobił głupią minę.
- Słuchaj no, Tresham - powiedział - czy rana odebrała ci rozum?
- Zdawało mi się, że już wychodzisz, Ferdynandzie? - spytał Jocelyn, unosząc rękę do
czoła. - Mój drogi, chciałbym ci dać kilka rad, chociaż nie wiem, czemu tracę czas, bo
Dudleyowie słyną z tego, że nie słuchają niczyich rad. Zostaw braci Forbes mnie. To ze mną
mają na pieńku, nie z tobą.
- Przeklęte łotry i zbóje! - Ferdynand najeżył się. - Raczej powinni sprawić porządne
manto swojej siostrze. Nie rozumiem, dlaczego zainteresowałeś się tą głupią gęsią. Gdybym...
- Dosyć! - przerwał mu ostro Jocelyn. - Jesteśmy w obecności... - Już chciał powiedzieć,
że są w obecności damy, ale w porę się powstrzymał. - Nie muszę ci się tłumaczyć ze swoich
czynów. A teraz bądz tak dobry i zabieraj się stąd. Przy okazji poproś, żeby przyszedł do mnie
Hawkins. Spróbuję mu wbić do tępej głowy, że jego dalsza kariera w tym domu zależy od tego,
by do końca dnia nie wpuszczał nikogo za próg. Będę bardzo zdziwiony, jeśli przed
zapadnięciem zmroku nie pęknie mi głowa.
Lord Ferdynand wyszedł, a minutę czy dwie pózniej do biblioteki wszedł zaniepokojony
kamerdyner.
- Najmocniej przepraszam, wasza książęca mość... - zaczął, ale Jocelyn uciszył go
podniesieniem ręki.
- Przypuszczalnie potrzebny byłby pułk gwardzistów i bateria artyleryjska, by nie
wpuścić lorda Ferdynanda i lady Heyward, kiedy postanowią gdzieś wejść - powiedział. - Ale na
dziś już żadnych więcej wizyt, Hawkins. Nawet gdyby sam książę regent raczył mnie odwiedzić.
Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno?
- Tak, wasza książęca mość. - Kamerdyner skłonił się z szacunkiem i wyszedł, cichutko
zamykając za sobą drzwi.
Jocelyn westchnął głośno.
- A teraz, panno Ingleby, niech pani usiądzie koło mnie i powie mi, jak zamierza mnie
pani zabawiać przez najbliższe trzy tygodnie. Miała pani dość czasu, by zastanowić się nad
odpowiedzią.
- Owszem, znam najpopularniejsze gry w karty, ale nie gram na pieniądze - powiedziała
Jane. Była to jedna z zasad, wpojona jej przez rodziców. W ich domu grając w karty można było
stawiać tylko pensy. I przerywano grę, jeśli ktoś przegrał pół korony, czyli dwa szylingi i sześć
pensów. - Zresztą i tak nie mam pieniędzy - dodała. - A przypuszczam, że nie sprawia panu
przyjemności gra, jeśli stawka nie jest wysoka.
- Jestem zachwycony pani przekonaniem, iż tak dobrze mnie zna - odparł. - A czy gra
pani w szachy?
- Nie. - Pokręciła głową. Jej ojciec grywał w szachy, ale miał staroświeckie poglądy, jeśli
chodzi o kobiety. Szachy to gra dla mężczyzn, powtarzał z pobłażaniem za każdym razem, gdy
prosiła, żeby ją nauczył grać. Jego odmowy odniosły jedynie taki skutek, że jeszcze bardziej
pragnęła poznać zasady gry. - Nigdy się nie nauczyłam.
Spojrzał na nią ponuro.
- Zapewne nie umie też pani czytać.
- Ależ naturalnie, że umiem. - Czyżby uważał ją za zupełną ignorantkę? Zbyt pózno
przypomniała sobie, za kogo chce uchodzić.
- Ależ naturalnie - powtórzył cicho, zmrużywszy oczy. - I zapewne ma pani ładny
charakter pisma. Cóż to był za sierociniec, panno Ingleby?
- Już powiedziałam - odparła. - Z tych lepszych. Spojrzał na nią twardo, ale nie drążył
dłużej tematu.
- Co jeszcze pani umie, by móc mnie zabawiać?
- Czy mam rozumieć, że zabawianie pana należy do obowiązków pielęgniarki? - spytała.
- Moja pielęgniarka ma robić wszystko, co każę. - Patrzył na nią tak, jakby widział
wszystko, co skrywało ubranie. Stwierdziła, że to spojrzenie ją onieśmiela. - Chyba nie zajmie
pani codziennie dwudziestu czterech godzin zmienianie bandaży i podkładanie mi poduszki pod
nogę, prawda?
- Nie, wasza książęca mość - przyznała.
- A jednak je i żyje pani za moje pieniądze - przypomniał. - A uważam, że płacę pani
całkiem przyzwoicie. %7łałuje mi pani odrobiny rozrywki?
- Obawiam się, że bardzo szybko śmiertelnie znudzi pana to, co mam do zaproponowania.
Uśmiechnął się lekko, ale jego rysy nie tylko nie złagodniały, ale stały się jeszcze bardziej
złowrogie. Zauważyła, że trzyma w ręku monokl, ale nie uniósł go do oka.
- Zobaczymy - stwierdził. - Niech pani zdejmie ten czepek, panno Ingleby Denerwuje
mnie. Jest obrzydliwy i postarza panią przynajmniej o dziesięć lat. Ile ma pani lat?
- Nie wydaje mi się, wasza książęca mość, żeby mój wiek mógł pana interesować -
oświadczyła. - I wolałabym nosić czepek podczas pracy.
- Wolałaby pani? - Nagle stał się wyniosły, ale wcale nie wyglądał groznie z uniesionymi
brwiami. Kiedy znów się odezwał, jego głos zabrzmiał łagodniej. - Niech go pani zdejmie.
Opór był daremny. Ostatecznie aż do wczoraj nie nosiła czepka. Uznała, że to dobry
sposób, by nieco odmienić swój wygląd. Pod czepkiem mogła się chociaż częściowo ukryć.
Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej włosy to najbardziej rzucająca się cecha jej
wyglądu. Niechętnie rozwiązała wstążkę pod brodą i zdjęła czepek. Zciskała go w obu dłoniach,
kiedy książę patrzył na jej włosy.
- Można by powiedzieć, panno Ingleby - stwierdził - że to pani największa ozdoba.
Jeszcze gdyby nie splatała ich pani tak mocno i nie zwijała w węzeł... Dlaczego tak bardzo
pragnie je pani ukryć? Boi się pani mnie i mojej reputacji?
- Nie wiem, jaką się pan cieszy reputacją - odparła, chociaż nie trzeba było specjalnie
wysilać wyobrazni, żeby się tego domyślić.
- Wczoraj wyzwano mnie na pojedynek za romans z mężatką - oznajmił. - To nie
pierwszy pojedynek, w którym brałem udział. Słynę z tego, że jestem niebezpiecznym,
pozbawionym skrupułów człowiekiem.
- Mówi pan to z taką dumą? - Uniosła brwi.
Usta mu drgnęły, ale trudno powiedzieć, z rozbawienia czy ze złości.
- Mam pewne zasady - oświadczył. - Nigdy nie uwodzę służących. Ani żadnej kobiety, [ Pobierz całość w formacie PDF ]