[ Pobierz całość w formacie PDF ]

zamiar zachować jak najwięcej z jego naturalnego wdzięku, ale
nie można liczyć na jakieś specjalne sentymenty. Jeśli wejdą w
to, to dla pieniędzy.
- Musisz być tak obcesowy?
- Sądziłem, że chcesz usłyszeć prawdę. Nie będę lukrować
rzeczywistości. Jeśli mamy się zabrać za ten projekt, musisz
stawić czoło nieprzyjemnym faktom. Co innego, gdybyś miała
wystarczająco dużo pieniędzy, wtedy mogłabyś sama
sfinansować całe to przedsięwzięcie.
- Nie byłoby tego przedsięwzięcia, gdybym miała pieniądze.
- A właściwie dlaczego nie masz? Czy mogłabyś zaspokoić moją
ciekawość? Co się z nimi stało? Przecież rodzina Crosslynów jest
nadziana.
- Była.
- To co się stało z pieniędzmi?
- Skąd mam wiedzieć? Nigdy o nie nie dbałam. Nigdy ich nie
potrzebowałam. To była sprawa ojca. Ja nie pytałam.
Carter złapał Jessicę za rękę.
- Nie denerwuj się, przecież o nic cię nie obwiniam.
- Nie denerwuj się - krzyknęła. - Coś, co towarzyszyło mi całe
życie, zostanie zmiażdżone buldożerami, i to na skutek mojej
decyzji, a ja mam się nie przejmować? Zostaw mnie.
Ale Carter nie wypuścił jej ręki.
- Rozumiem, że przebudowa Rise cię przygnębia, ale świat się od
tego nie zawali. To w końcu tylko dom.
- To coś więcej. To historia całej mojej rodziny.
- Więc może nadszedł czas, by napisać nowy rozdział. Nie
zabijamy Rise. Poddajemy je operacji plastycznej. Myślę, że
lepiej zrobić to teraz, kiedy sama możesz tego doglądać, niż żeby
zrobił to ktoś obcy po twojej śmierci. W końcu nie masz dzieci,
które obejmą po tobie posiadłość.
Carter miał dziwny talent do ranienia Jessiki. Rodzina, dzieci,
przekazanie dziedzictwa Crosslynów następnej generacji - to
były bolesne sprawy. Nie rozmawiała o nich z przyjaciółmi.
Gordon w pamiętnej rozmowie o przyszłości Rise nawet się o
tym nie zająknął. Jessica nie mogła ścierpieć, że to akurat Carter
Malloy obraca nóż w jej ranie.
- Pozwól mi odejść - zażądała, próbując uwolnić ręce z dłoni
Cartera.
- Nie.
- Zostaw mnie.
- Nie. Jesteś zbyt zdenerwowana.
- A ty mi nie pomagasz. - Podniosła na niego oczy, nie dbając o
to, że zobaczy łzy. - Dlaczego musisz mówić rzeczy, które mnie
ranią? Dlaczego zawsze uderzasz w mój słaby punkt? Uważasz,
że się zmieniłeś, ale pod tym względem nie zmieniłeś się wcale.
Dlaczego nie zajmujesz się swoją pracą, a mnie nie zostawisz w
spokoju?
Carter wiedział dlaczego. Ponieważ był emocjonalnie
zaangażowany. I nie chodziło tylko o Crosslyn Rise, ale i o
Jessicę. Dlatego nie zastanawiając się wiele, przyciągnął ją do
siebie i wziął w ramiona.
ROZDZIAA
4
Kiedy Carter był chłopcem, uważał, że Jessica jest kolczasta jak
jeż. Zbliżywszy się do niej, przekonał się, że nie jest tak
zamknięta i sztywna, jak myślał, ale dopiero teraz, gdy trzymał ją
w objęciach, uświadomił sobie, jak jest wrażliwa i krucha.
Zadziwiła go czułość, jaka w nim wezbrała, na widok łez w jej
oczach.
Skłoniwszy głowę, wyszeptał jej wprost do ucha:
- Wyrzuć to z siebie, Jessico. To ci dobrze zrobi i nie stracisz w
niczyich oczach.
Ale ona nie potrafiła. Czuła się taka słaba w jego obecności. I zła
na samą siebie, że nie potrafi powstrzymać łez.
- Nic mi nie jest - powiedziała, ale nie odsunęła się od Cartera.
Już tak dawno nikt nie trzymał jej w ramionach. Nie miała ochoty
przerywać tego błogostanu.
- Nie robię tego naumyślnie - wymruczał jej do ucha. - Może
kiedy byliśmy dziećmi, dokuczałem ci specjalnie, ale nie teraz.
Po prostu czasem palnę coś bez zastanowienia. Przykro mi, jeśli
cię zraniłem. Wiem, że powinienem zajmować się wyłącznie
Crosslyn Rise, a ciebie zostawić w spokoju, jednak nie potrafię.
Może dlatego, że znamy się od tak dawna. Może dlatego, że
twoi rodzice nie żyją i zostałaś sama. A może dlatego, że jestem
ci coś winien za to, jak traktowałem cię przed laty. Wiem, że
przeżywasz teraz ciężkie chwile i mam szczery zamiar ci pomóc.
Gdybym miał pieniądze, pożyczyłbym ci. Ale nie mam. Choć
przeszedłem długą drogę, nie jestem bogaty. Co prawda mam
własne mieszkanie w Bostonie, w luksusowym domu, ale nie jest
ono duże.
- Nie pytałam o twoją sytuację finansową.
- Wiem, ale próbuję ci wyjaśnić, na co możesz u mnie liczyć.
Chciałbym, żebyśmy zostali przyjaciółmi.
Przyjaciółmi? Carter Malloy, wróg z dzieciństwa, miałby zostać
jej przyjacielem? To brzmiało dziwnie. Jeszcze dziwniejsze było
to, że opierała się o niego, czerpiąc pociechę z jego siły. A on był
silny, czuła to, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.
- Pragnę dowiedzieć się więcej o tobie - ciągnął Carter. - Gdybym
wiedział, co myślisz, gdybym wiedział, jakie są twoje czułe
punkty, unikałbym ich. Może to, co powiem, zabrzmi zbyt
wzniosie, ale  jeśli nie mierzysz wysoko, nie zajdziesz nigdzie".
- Daleko - poprawiła go. - Gdzie i kiedy stałeś się takim
filozofem?
- W Wietnamie. Wiele dobrego we mnie właśnie tam się zaczęło.
A ty nie zastanawiałaś się, co takiego sprawiło, że jestem innym
człowiekiem?
- Nie. Zbyt starałam się nie dopuścić do siebie myśli, że w ogóle
się zmieniłeś.
- Wiem, że nie chcesz w to uwierzyć, ale to prawda. I udowodnię
ci, jeśli mi pozwolisz. Jeśli nie będziesz nadskakiwać na mnie za
każdym razem, kiedy coś palnę.
Jessica otworzyła usta, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo Carter
położył palce na jej wargach.
- Potrafię się uczyć, Jessico. Dlatego mów do mnie. Przekonuj
mnie. Wyjaśniaj. Będę słuchał.
- A co wtedy? Nie wykorzystasz tego, co ci powiem, i nie
obrócisz przeciwko mnie? To byłaby najlepsza droga do zemsty.
- Zemsty?
- Zawsze nienawidziłeś tego, co dla mnie ważne.
- Myślałem, że nienawidzę, ale tak naprawdę nienawidziłem
siebie. To była jedna z pierwszych rzeczy, jaką sobie
uświadomiłem. Z wielu powodów nie byłem szczęśliwym [ Pobierz całość w formacie PDF ]