[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Leonore mówiła nie swoim głosem. Kiedy ludzie wpadają w
trans, może się zdarzyć wiele dziwnych rzeczy, obojętnie, czy
są biali czy czarni."
Brzmiało to dość rozsądnie, ale Melita, skradając się po
schodach do swojego bezpiecznego pokoju, wiedziała, że nie
jest w stanie pojąć tego, czego świadkiem była przed chwilą.
Jak to możliwe, by Leonore, z którą przecież rozmawiała
w barakach niewolników, ta stara kobieta o pomarszczonej
twarzy, zapewne babka Philippe'a, mówiła głosem młodej
dziewczyny i z tak wspaniałym francuskim akcentem, z jakim
mówił monsieur le comte albo... - Melita wstrzymała oddech -
albo jego zmarła żona, Cecile?
A więc taka była prawda.
Leonore to kapłanka czy też mambo voodoo i ktoś
przemówił jej ustami. Może loa, duch kogoś zmarłego? O to
prosili swoją boginię, Yemanję. Ofiara z koguta i święte
naczynia - wszystko to stanowiło część rytuału mającego
przywołać duchy zmarłych.
Melita drżąc na całym ciele wsunęła się do łóżka, ale nie
potrafiła wyrzucić z myśli tego, co widziała, rytmu bębna,
obrazu czarnych ciał kołyszących się w takt muzyki i Leonore,
która przemawiała głosem młodej dziewczyny. Ciągle na
nowo odtwarzała w pamięci scenę, której była świadkiem,
przypominała sobie wszystko, co kiedykolwiek słyszała lub
czytała o voodoo, i ciągle nie mogła uwierzyć w to, co
przecież widziała na własne oczy.
Mambo przywołała bogów i wstąpił w nią loa. Uczestnicy
ceremonii wierzyli, nawet jeśli Melita próbowała temu
zaprzeczać, że to był duch Cecile. Kiedy Leonore uniosła
przed sobą podobiznę madame Boisset, rozległ się głos Cecile
wołającej o ratunek dla Etienne'a, jej ukochanego męża.
- To nie może być prawda. To wszystko mi się przyśniło -
powiedziała Melita do siebie.
Cecile, dawno zmarła nieszczęsna żona hrabiego,
przemówiła przez usta starej Murzynki. To wprost nie mogło
się zdarzyć, a przecież Melita widziała to i słyszała!
Bardzo pragnęła odnalezć Etienne'a i opowiedzieć mu o
wszystkim. Przez chwilę zastanowiła się, czy on jej nie
wyśmieje, czy nie nazwie łatwowierną i naiwną, ale doszła do
wniosku, że tego nie zrobi.
Na pewno ją zrozumie.
Znał tych ludzi i kochał ich, a jeśli mówił o bogach
zamieszkujących górskie szczyty Martyniki, z pewnością
zdawał sobie sprawę również z istnienia niepojętych bogów
dżungli.
Niewolnicy, wyznając wiarę w Boga swoich właścicieli,
instynktownie czcili także bóstwa, które przywiezli ze swej
rodzinnej ziemi.
Voodoo!
Już sama nazwa budziła lęk, ale Melita zaraz zadała sobie
rzeczowe pytanie:
 Czy takie ceremonie mogą komukolwiek zaszkodzić?"
 Lepiej wierzyć w jakiegoś bożka, niż nie mieć w sercu
żadnego boga" - powtarzał często ojciec. A voodoo dawało
tym ludziom szczęście, którego zaznali tak mało. Poza tym,
może to dobrze, że mając tak niewiele, znajdowali pociechę w
duchowej sile potężniejszej niż ich fizyczne upokorzenie?
 Jednak nawet to nie wyjaśnia - myślała Melita - w jaki
sposób mogłam słyszeć głos młodej dziewczyny
wydobywający się spomiędzy pomarszczonych warg
Leonore."
- Ratuj Etienne'a! Ratuj go!
Ten okrzyk ciągle brzmiał jej w uszach, aż zalękniona
zaczęła modlić się słowami, które znała od dzieciństwa.
Modlitwy powoli ją uspokajały, wciąż jednak powracało
natrętne pytanie:
 Dlaczego trzeba ratować Etienne'a? Przed kim albo przed
czym?"
ROZDZIAA 5
Obudził Melitę naglący głos Eugenie.
- Panienko! Panienko!
Dziewczyna drgnęła i zdała sobie sprawę, że musiała
przysnąć już po tym, jak zbudziła ją Jeanne. Dopiero przed
samym świtem zapadła w niespokojną drzemkę i śniła jej się
Leonore i dudnienie bębna.
Spojrzała na pokojówkę spod ciężkich od snu powiek i
spytała rozespanym głosem:
- Która... która godzina?
Ale zanim Eugenie zdążyła jej odpowiedzieć, usiadła
szybko, mówiąc:
- Zaspałam! Och, tak mi przykro! Już wstaję!
- Kłopoty, panienko. Duże kłopoty!
- Co się stało?
Z ust Murzynki popłynął wartki strumień słów w trudnym
do zrozumienia, łamanym francuskim. Dopiero po dłuższej
chwili Melita pojęła, co się wydarzyło.
Rose - Marie obudziła się wcześnie rano i ubrana jedynie
w nocną koszulę, poszła szukać swojej lalki w pokoju
lekcyjnym. Zastała ją tam Eugenie, a ponieważ dziewczynka
nie chciała już wrócić do łóżka, pokojówka ubrała ją i dała
śniadanie. Nakazała Rose - Marie bawić się grzecznie i
zostawiła dziewczynkę samą, jako że musiała się zająć
nadzorowaniem całego gospodarstwa domowego. Zeszła na
dół, kiedy usłyszała, że ktoś wchodzi do domu. Któryś z
nadzorców chciał się widzieć z madame Boisset, by jej
powiedzieć, że brakuje jednego z ćwiczonych kogutów.
W tym miejscu Melita przerwała Eugenie:
- wiczonych kogutów?
- To ptaki, które madame hodować specjalnie do walk
kogutów - wyjaśniła Eugenie.
- Madame hoduje ptaki do walk kogutów? - powtórzyła
Melita z niedowierzaniem.
Doskonale wiedziała, że na Martynice walki kogutów
uchodzą za sport narodowy. Opowiadano jej, że odbywają się
w całym kraju od listopada do czerwca na specjalnych
 arenach". Wywoływały zawsze ogromne poruszenie, a kibice
tracili w zakładach niebagatelne sumy. Jeden z marynarzy
opowiadał jej o tym w czasie podróży z Anglii:
- Koguty do walk są specjalnie hodowane i taka hodowla
to oczko w głowie właściciela. Ptaki są starannie odżywiane i
- choć nikt o tym głośno nie mówi - prawdopodobnie podaje
się im narkotyki.
Uśmiechnął się i dodał:
- Nikt nie może tego udowodnić. Z całą pewnością te
koguty mają naostrzone ostrogi i przystrzyżone pióra. Zanim
zacznie się walka, wyglądają bardzo dziko i bojowo.
Wtedy, na statku, Melita zdecydowała, że walki kogutów
to jedyna rzecz, której nie chce zobaczyć na Martynice, o
której nie chce nawet słyszeć. Nie mogła pojąć, jak to się
dzieje, że Francuzki z towarzystwa, jak madame Boisset, z
własnej woli uczestniczą w tym wstrętnym, okrutnym
widowisku.
Oczywiście natychmiast odgadła, co się stało ze
wspaniałym kogutem madame.
Eugenie mówiła dalej o tym, jak nadzorca powiedział
madame, że słyszał nocą bębny, ale nie miał odwagi
wyśledzić, skąd te odgłosy dochodzą, a potem, kiedy
zauważył brak koguta, był pewien, że w lesie odbyły się
obrzędy voodoo.
Wtedy madame Boisset wpadła we wściekłość. Rozkazała
wychłostać Leonore, znaną jako mambo niewolników.
Melita słysząc to wstrzymała oddech, bo ojciec opowiadał
jej, jak okrutne i barbarzyńskie były chłosty niewolników.
Był to rytuał sam w sobie. Odarty z ubrania niewolnik
przywiązywany był za ręce i nogi skórzanymi rzemieniami do
leżącej na ziemi ciężkiej drewnianej platformy. Następnie
ustawiano platformę pod kątem dwudziestu pięciu stopni, by
katu wygodniej było zadawać baty.
- Zawsze odbywało się to publicznie - mówił sir Edward -
bo miała to być nie tylko kara dla tego, kto popełnił
przewinienie, lecz także przestroga dla innych.
Myśl o wymierzeniu chłosty kobiecie tak starej jak
Leonore napełniła Melitę przerażeniem.
- Ona mieć dwadzieścia batów - powiedziała Eugenie. -
Ona umrzeć! [ Pobierz całość w formacie PDF ]