[ Pobierz całość w formacie PDF ]

czy Rebeka
przyjmie to jak słowa uznania dla swego niespokojnego du¬
cha
czy też potraktuje jak wyzwanie.
112
NIESPOKOJNY
DUCH
- Tak bardzo lubisz, że gdybym ci powiedziała, iż przyjdę
na to przyjęcie, nie mając bielizny pod sukienką, zrobiłbyś
wszystko, byle tylko to sprawdzić.
Uśmiechnęła się leciutko i pozostawiając go sam na sam
z jego myślami, skierowała się ku sali balowej.
Kiedy wreszcie mógł się poruszyć, dogonił ją.
- Mówisz poważnie? Naprawdę niczego nie masz pod
spodem?
- Przecież powiedziałam, profesorze-rzuciła swobodnie,
trącając go po przyjacielsku w ramię i spoglądając na zegarek.
- Musisz mi wybaczyć. Robi się późno, a ja nie poświęci­
łam jeszcze czasu gospodarzowi wieczoru - rzekła, rozgląda¬
jąc się za dziekanem Callahanem.
Raleigh został sam. Odprowadził Rebekę wzrokiem, my¬
śląc, że tym razem przesadziła w żartach. Kwadrans później
ciągle ha nią patrzył, zastanawiając się, czy to, co mówiła,
było prawdą. Uznał, że musi to sprawdzić, i poszedł szukać
Rebeki.
- Żartowałaś - powiedział, stając tuż za nią.
- Ani trochę - rzuciła przez ramię.
- Rebeko - odezwał się dziekan. - Mówiłaś coś?
- Właśnie zauważyłam, że czuję tu lekki przeciąg.
- W starych budynkach bywają przeciągi - przyznał Cal¬
lahan. - Zgodzisz się z rym, Raleigh, prawda? - dodał, zwra¬
cając się do młodszego kolegi.
- Przepraszam... ? Tak, tu jest bardzo duszno - wybąkał
Hanlon, próbując rozluźnić krawat, a gdy spojrzało nań kilka
par zdziwionych oczu, zorientował się, że palnął głupstwo.
- To jest... chciałem powiedzieć... zimno - poprawił się.
- Po drugiej stronie korytarza jest cieplarnia. Tam panuje
113
114
NIESPOKOJNY
DUCH
inna temperatura. Znasz to miejsce? - zwrócił się z pytaniem
do Rebeki.
- Nie - odparła.
- Pozwól, że ci je pokażę - zaproponował, gratulując so¬
bie w duchu pomysłu.
Światło księżyca, orchidee i Rebeka.
-
Szkoda, że nie wspomniałeś o tym wcześniej - po¬
wiedziała, spoglądając na zegarek. - Mama czeka na mnie
w domu.
Zaskoczony Raleigh otworzył usta i przez kilka sekund stał
jak oniemiały.
- Wychodzisz? - spytał w końcu.
- Obawiam się, że muszę. Miło się z tobą gawędziło. Mo¬
że wkrótce uda się nam spotkać, wtedy zobaczymy, co można
zrobić w sprawie tych... zagubionych fragmentów.
Raleigh zupełnie zapomniał, że Rebeka obiecała spędzić tę
noc u matki.
-
Świetnie. Może jutro? - zapytał, starając się, by w jego
głosie nie zabrzmiała rozpacz, którą czuł w tej chwili.
- Jutro? Zadzwonię do pana, profesorze i dam znać.
- Zgoda - odrzekł Raleigh i skinął głową, gdy Rebeka
z wdziękiem zaczęła żegnać zgromadzonych i dziękować go¬
spodarzowi przyjęcia za gościnę.
Kiedy przechodziła obok Hanlona, uśmiechnęła się tylko
i rzuciła spojrzenie, które miało znaczyć: „ostrzegałam". Po¬
jawiała się i znikała w tłumie gości jak bożonarodzenio¬
wy sen.
Zaczekaj! Powiedz, o której wrócisz jutro do domu, chciał
zawołać Raleigh. Ale w salonie wypełnionym setką gości by¬
ło to po prostu niemożliwe.
NIESPOKOJNY
DUCH
- Przypomina mi Kopciuszka, tylko w bardziej stylowym
wydaniu - zauważył dziekan i westchnął, widząc jak Rebeka
wkłada płaszcz i znika za drzwiami. - Zamiast szklanego pan¬
tofelka zostawiła po sobie zapach perfum.
Raleigh wolno odwrócił głowę, by spojrzeć na Callahana.
Pracował z nim prawie dziesięć lat, a dopiero dzisiaj odkrył
w dziekanie romantyka.
Siwowłosy mężczyzna pochylił głowę i przez kilka sekund
patrzył na Hanlona.
- Za moich czasów, młody człowieku, natychmiast odcho¬
dziło się od bufetu, zabierało taką dziewczynę do oranżerii
i zamykało za sobą drzwi.
Raleigh jeszcze raz rzucił okiem w stronę wyjścia. Starszy
pan miał rację. Przez ostatnie pół godziny powinni byli sie¬
dzieć tam z Rebeką, słuchając szelestu tafty i jęków rozkoszy.
Na co komu doktorski stopień, jeśli nie potrafi wpadać na tak
rozsądne pomysły. Profesor Hanlon wbił ręce w kieszenie
i westchnął z rozczarowaniem.
Rebeka pomachała Raleighowi na powitanie, gdy parko¬
wał samochód obok starego magazynu.
- Przyjechałem natychmiast, jak tylko otrzymałem od cie¬
bie wiadomość - powiedział. - Nic ci nie jest?
Rebeka potrząsnęła głową.
- Chyba nie próbowałaś przeskoczyć rzeki dzięki tej linie?
- spytał, rzucając okiem na jej długą, sztruksową spódnicę.
Rebeka wykonała uspokajający gest, gdy zbliżył się do jej
auta.
- W porządku- Dlaczego więc chciałaś się tu ze mną spo¬
tkać dziś po południu? To miejsce wygląda jeszcze bar-
115
116
NIESPOKOJNY
DUCH
dziej niebezpiecznie niż wtedy, gdy widziałem je ostatnio.
Wolałbym, żebyś nie spacerowała tu sama. Zaczekaj i po¬
myśl... [ Pobierz całość w formacie PDF ]