[ Pobierz całość w formacie PDF ]

nie przypominała towarzyszących Argentyńczykom piękności. Nie chciała wyglądać,
jakby się przesadnie starała, ale teraz uświadomiła sobie nagle, że są pewne granice.
- Jak się masz, Bella?
- Dobrze... - odparła z zawodowym spokojem, tak jak zamierzyła. - A ty?
- Dziękuję, dobrze. - Carlos użył zwyczajowej formułki. Wpatrywał się w nią in-
tensywnie, po czym dodał: - Bella, to, co zrobiłaś...
- Muszę biec - przerwała mu gwałtownie. - Cała dokumentacja jest tutaj. - Podała
mu przygotowaną wcześniej teczkę, ale nawet na nią nie spojrzał. - Pózniej do ciebie
przyjdę, kiedy się już rozgościsz. - Odwróciła się, by odejść. - Jeśli będziesz czegoś po-
trzebował, to proszę, zwróć się z tym do mnie. Mój numer komórki masz w tych papie-
rach, oprócz innych, które także mogą ci się przydać. - Spojrzała mu w oczy.
Powinna się wcześniej domyślić. Powinna to była przewidzieć.
Zabrakło jej tchu, gdy Carlos położył jej dłonie na ramionach.
R
L
T
- Nie mów nic więcej, Bella.
Oparła się o niego całym ciężarem. Kiedy ją pocałował, wydało jej się to najnatu-
ralniejszą rzeczą na świecie. Kochała jego dotyk, zapach, smak, jego siłę. Z nim czuła się
całkowicie bezpiecznie.
Lecz było to zdradliwe uczucie. Lepiej, spokojniej było być samotną.
- Nie - wykrzyknął, gdy spróbowała się wysunąć z jego uścisku. - Tym razem już
cię nie wypuszczę. Tak bardzo za tobą tęskniłem, Bella. Nie wiedziałem, co tracę, roz-
stając się z tobą, ale teraz już wiem. - Uśmiechnął się do niej z lekkim smutkiem.
Nie mogła sobie pozwolić na poddanie się skłębionym w jej trzewiach uczuciom.
- Wydawało ci się, że jestem dla ciebie nauczycielem? - mówił dalej, zaglądając jej
głęboko w oczy. - Nie, to ty nauczyłaś mnie czegoś ważnego. Sprawiłaś, że zrozu-
miałem, że babka byłaby ze mnie dumna, bo doprowadziłem rodzinne ranczo do praw-
dziwego rozkwitu.
Bella nie przypuszczała, że usłyszy takie słowa z ust Carlosa.
Musnął jej wargi delikatnym pocałunkiem.
- Pokazałaś mi, że historia nie musi się powtarzać, a życie w pojedynkę może być
straszliwie samotne - dodał.
- Ja także za tobą tęskniłam - wyszeptała, tuląc się do niego.
- Wcale mnie to nie dziwi - odparł z humorem, wracając do zwykłej pewności sie-
bie.
Czarne oczy skrzyły się od śmiechu, na policzki powróciły znajome dołeczki.
- Jesteś niemożliwy, wiesz? - zawołała z udawanym oburzeniem.
Carlos wzruszył ramionami, krzywiąc wargi w uśmiechu.
- Brakowało mi ciebie bardziej, niż potrafię wyrazić - powiedział.
Po raz pierwszy w życiu Carlos czuł się tak lekki i uradowany. Przyznał się szcze-
rze do swoich uczuć, nie starał się niczego ukrywać.
Mimo to dręczyły go wątpliwości. Czy w doskonale zaplanowanym życiu Belli
było miejsce dla niego? Nie ulegało kwestii, że jej miejsce jest tutaj, w Anglii, tak jak
jego było w Argentynie. Czy dwoje kochających się ludzi, zamieszkałych na różnych
półkulach, miało szansę przebywać ze sobą dłużej niż w czasie sezonu rozgrywek polo?
R
L
T
Nie zdążyli nawet dokończyć rozmowy na tak ważny temat, bo wezwały ją pilne obo-
wiązki. Wahał się, lecz jednak położył przed nią serce na dłoni, mimo to ona pospieszyła
na wezwanie, choć przecież powinna była wysłuchać go do końca...
Zaklął pod nosem, obserwując, jak Bella odchodzi szybkim krokiem. Potrząsnął
głową z żalem; musiał przyznać, że jest niesamowita. Ani na chwilę nie straciła opano-
wania. Miał jednak nadzieję, że Lodowa Dziewica już nigdy się nie pojawi, a zastąpi ją
na zawsze namiętna kobieta, jaką miał szansę poznać.
- Ignacio! - zawołał na widok spieszącego dokądś przyjaciela.
- Nie mam czasu - odkrzyknął gaucho, nie zwalniając kroku. - Idę zobaczyć się z
Bellą, nie mogę się spóznić!
Poczuł ukłucie zazdrości. Na Boga, chyba oszalał. Czyżby był zazdrosny o Igna-
cia? Poczuł się dziwnie wykluczony, nikomu niepotrzebny, gdy patrzył, jak gaucho znika
za budynkiem, gdzie wcześniej skręciła Bella. Pokręcił głową z niezadowoleniem.
- Czy mogę w czymś pomóc?
Spojrzał na zaniepokojoną twarz miłej kobiety, którą pamiętał z poprzednich wizyt.
- Dzień dobry, Agnes - przywitał się z nią uprzejmie. - Niczego mi nie potrzeba,
Bella zadbała o wszystko.
Postanowił zobaczyć, jak się mają konie. Miał Belli tyle do powiedzenia. Chciał jej
podziękować za wszystko, co zrobiła dla niego i dzieci z Buenos Aires, ale się rozczaro-
wał. Jak zwykle stawiała obowiązek na pierwszym miejscu. Ruszył w kierunku stajni.
Praca zawsze go uspokajała, łagodziła napięcie nerwów. Był pewien, że Bella zjawi się u
jego boku, kiedy tylko będzie mogła.
Nie pojawiła się do końca dnia ani też w dniu następnym. Wywiedział się dyskret- [ Pobierz całość w formacie PDF ]