[ Pobierz całość w formacie PDF ]

-Przedtem takie spostrzeżenie rozzłościłoby mnie
okropnie. Ale widocznie ostatnio złagodniałem. Chodz bli-
żej i siadaj. Jesteś za daleko ode mnie.
Jenny stała nadal. Jakiś zły duch podszeptywał jej, że
skoro okazała się nieatrakcyjna dla jednego mężczyzny, to
dlaiczego miałaby być pociągająca dla innego. Dlaczego
Tray miałby być inny niż Graham?
- Jenny -powiedział Tray łagodnym tonem. Wsunął
dłoń pod nogawkę jej dżinsów i zaczął łaskotać skórę czub-
kiem znalezionego pędu. Nie odrywał wzroku od oczu
Jenny, - Słonko, powiem ci coś W sekrecie. Posłuchaj mnie
i uwierz w moje słowa. Jesteś jedyną kobietą, jaką kie-
dykolwiek spotkałem, która jest pociągająca pod każdym
względem. Zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie. Jesteś
słodka, naturalna i tak ładna, że sam twój widok łamie mi
serce.
- Och - szepnęła. - To się dopiero okaże, jaka napra-
wdę jestem. Brak mi doświadczenia. Tray, czy ty naprawdę
wiesz, jak to się robi?
- Jenny, to co nas łączy, jest czymś zupełnie nowym
nie tylko dla ciebie, lecz także dla mnie. To nie jest kwestia
doświadczenia. Zrobię to,co nakazuje mi serce. Pójdę za
jego głosem.
S
R
-  więc.., a więc powinniśmy kierować się naturalny-
mi odruchami?
Tray uśmiechnął się.
- Dobry pomysł.
- Kierować się naturalnymi odruchami - powtórzyła
Jenny. Też jej się to spodobało.
Nie spodziewał się po Jenny następnego ruchu. Ona
też nie oczekiwała tego pd niego. Pod wpływem jakiejś
niewidzialnej siły nachyliła się nad Trayem. Leżał na
wznak, z rękoma pod głową. Po chwili umosciła się na
nim i jej biodra znalazły się między jego rozchylonymi
udami.
Działała instynktownie. Jeszcze nigdy nie było jej
tak dobrze i tak wygodnie jak teraz. Zaczęła tarmosić wło-
sy Traya. Wczepiła się w nie kurczowo zachłannymi pal-
cami. Dotknęła wargami skóry na jego twarzy. Przesuwa-
ła je po policzkach, ustach, podbródku, czole i znów po
ustach. Jej pocałunki były lekkie jak muśnięcie skrzydeł
motyla.
Od dawna pragnęła całować Traya. Musiała teraz nad-
robić stracony czas.
- Jenny. - Głos Traya brzmiał chrapliwie. -To, co
robisz, jest bardzo podniecające. Zaczynasz być świetna
w kierowaniu się naturalnymi odruchami. Gdybyś tylko
mogła, słoneczko, przesunąć trochę łokieć, bo wbija mi się
w ramię.
- Przepraszam,
- Nic się nie stało.
Odsunęła rękę,; lecz nadal wargami wodziła po ciele
Traya. Czubek języka zostawiał na jego skórze wilgotny
ślad. Poczuła, jak Tray oddycha szybciej i coraz bardziej
nierówno. Przecież był chory, uprzytomniła sobie. Niedaw-
S
R
no. Nie powinna go męczyć, by nie nastąpił nawrot choro-
by. To byłoby bez sensu.
- Posunęłam się trochę za daleko - wyznała. - Będę
zachowywała się ostrożniej. Niedawno byłeś chory. Jesteś
osłabiony. Jeśli zapomnę, przypomnij mi o tym.
- Jestem osłabiony. - Jednym nagłym ruchem Tray obró-
cił się na bok i całym ciałem przygniótł Jenny. Jego złote
oczy lśniły dziwnym blaskiem. - Potrzebuję więc stałej opie-
ki. Musisz się mną zajmować. W dzień i w nocy. Och, po-
trzeba mi płynów, wiele płynów. - Pochylił głowę. Przecią-
gnął lekko językiem po górnej wardze Jenny. - Prawdziwy
nektar...
Tego właśnie mi trzeba. Słodkich, wilgotnych ust.
Jęknęła z rozkoszy, kiedy język Traya wsunął się głębo-
ko między jej wargi. Uzmysłowiła sobie, że po raz pier-
wszy w życiu jest całowana tak zachłannie.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ciało Jenny
ożyło. Nabrzmiały piersi, stwardniały sutki. Zamknęła
oczy. Przestała widzieć rozciągający się wokół pustynny
kraj obraz, lecz nadal pod powiekami zachowała wizerunek
całującego ją mężczyzny.
A więc trzeba robić to, co dyktuje własny instynkt,
pomyślała.
Słyszała, jak w piersi coraz głośniej i szybciej łomocze
jej serce. Czuła gęsią skórkę na ramionach, a także ziarnka
piasku w sandałach. Rzeczy małe, nic nie znaczące. Ani
przez chwilę nie zastanawiała się nad tym, co stanie się
niebawem. Przestała myśleć o własnym braku doświadcze-
nia w sprawach seksu.
Odczuwała narastające w niej pożądanie. Pragnienie za-
spokojenia najbardziej pierwotnych potrzeb.
Tray uniósł głowę i spostrzegł rozgorączkowaną twarz
S
R
Jenny. Palcami dotknął jej rozpalonego policzka.
- Opuściłaś etap pierwszy - oznajmił. - Zdajesz sobie
z tego sprawę?
Pieściła wargami żyłę pulsującą na jego szyi.
- Na czym on polega? - spytała po chwili.
- Leżymy przytuleni do siebie i gadamy o mało waż-
nych rzeczach tak długo, aż zapomnisz o skrępowaniu.
- Nie sądzisz, że to strata czasu? Przecież nie jesteśmy
skrępowani - stwierdziła Jenny. - A na czym polega etap
drugi?
- Zachowujemy się jak para podnieconych nastolatków
i wtedy ja czuję się naprawdę skrępowany reakcją swego
ciała. Dziecino, ja właśnie przechodzę ten etap.
Poruszyła udami.
- Ja też. Czy wiesz, jak się czuję? Jak gruszka. Dojrzała,
gotowa do spadania z drzewa. Słodka, ciepła i soczysta...
- O Boże. - Tray oparł głowę na czole Jenny. - Zacho-
wuj się tak dalej, a zaraz znajdziemy się na etapie dzie-
siątym.
- Dziesiątym? - powtórzyła lekko zdławionym gło-
sem. - Czy naprawdę jest aż tak wiele... etapów?
W Trayu zawrzała krew. Całe jego ciało pokryło się
warstwą potu. Odczuwał w podbrzuszu znajomy ból pożą-
dania. Był w pełni gotowy.
- Powiedziałem: dziesiąty? Miałem na myśli etap piąty
- szepnął chrapliwym głosem.
- Tylko nie próbuj mnie oszukiwać - ostrzegła go Jenny.
- Nie zamierzam.
Zaczęła się śmiać z własnej zuchwałości. To niemożli-
we. Jenny Louise Rossi tak sienie zachowuje, I nie doznaje
takich wrażeń. Nie jest kobieca. Ani seksowna. W pełni
naturalna. Czyżby ta prawdziwa kobieta, z krwi i kości,
S
R
tkwiła w niej od dawna? Może trzeba było właściwego
człowieka, który by ją w niej wyzwolił?
- Dziękuję ci, Trayu Malone - powiedziała miękkim
głosem.
- Nie ma za co. Jeszcze nic nie zrobiłem.
Uśmiechnęła się na widok czerwieniejących policzków
Traya. Ta chłopięca reakcja wzruszyła ją i oczarowała.
- Dziękowałam ci za to, eo nastąpi. Widzisz, jakie mam
do ciebie zaufanie?
- Dziewczyno, te twoje niebieskie oczy... - Nagle
Tray obrócił się na plecy i ramieniem zakrył twarz. -
Malone, panuj nad sobą - mruknął. - Nie pamiętam,
na czym polega etap trzeci, ale jestem pewny, że etap
czwarty w żadnym razie nie może się rozgrywać w po-
bliżu kaktusa.
- Dlaczego?
Nadal ramieniem zasłaniał twarz.
- Możesz mi wierzyć.
- Dobrze. Wierzę. - Nastąpiła chwila milczenia. - Tray?
- Co się stało?
- Czy mnie słuchasz? - Jenny wyciągnęła rękę i lekko [ Pobierz całość w formacie PDF ]