[ Pobierz całość w formacie PDF ]

kopalnia. Wolałaby nie schodzić wcale na dół, lecz czekanie w dolinie sam
na sam z Fletcherem wydawało jej się jeszcze gorszym pomysłem. Schodziła
więc po stromych stopniach bez protestu.
Nareszcie doszli do końca schodów. Istotnie, było tu wystarczające
oświetlenie. Powietrze było gęste i wilgotne. Korytarz rozchodził się na dwie
strony; wąska ścieżka wiła się między czarnymi ścianami. O kilkadziesiąt
kroków dalej paliła się druga lampa.
Fletcher zwrócił się w tamtym kierunku, gdy wtem Dora chwyciła go za
rękę.
 Nie chodzmy tamtędy!  zaczęła go błagać.  Proszę cię, nie
chodzmy tamtędy.
Hill spojrzał na nią ze zdumieniem.
 Co ci się stało, Doro?  spytał.
Przytuliła się do niego z rozpaczą, trzymając go mocno za rękę.
 Nie wiem... nie wiem!... Ale nie chodz tam! Mam okropne przeczucie...
Ach!
W tej chwili rozległ się suchy odgłos wystrzału rewolwerowego. Hill
porwał Dorę za ramię.
 Nie jesteś ranna?  spytał z niepokojem.
 Nie...
 Nic nie mów! Wbiegnij po schodach na górę, jak możesz najszybciej!
Rozkaz był tak stanowczy, że nie wahała się ani chwili.
Ale gdy tylko ruszyła się z miejsca, usłyszała za sobą kroki. Ktoś biegł
szybko i zbliżał się do niej. Wtem z czarnego otworu wyskoczyła jakaś
postać.
 Wszystko w porządku! Nie strzelać!  rozległ się wesoły, beztroski
głos.
W chwilę pózniej ukazał się w świetle dużej latarki elektrycznej Warden.
Wyciągnął rękę.
 Przepraszam, że przestraszyłem panią. To ja wystrzeliłem. Był to
sygnał dla moich ludzi, ażeby się stawili na inspekcję.
Mówił szczerze, swobodnie, ale Dora miała wrażenie, że Hill mu nie
dowierza. Ten trzymał wciąż rękę w kieszeni, gdzie miał najwidoczniej
ukrytą broń; nie okazywał również ochoty do przyjęcia podanej sobie dłoni.
 Przyszliśmy oglądać kopalnię, a nie waszych ludzi  rzekł ostro. 
Niech pan idzie i odwoła ich!
Dora milczała. Widziała, jak brwi Wardena ściągnęły się ponuro.
 Dobrze, sir  rzekł.  Jeszcze niezupełnie pokończyli roboty w
kopalni. Zawiadomię ich, że ich rozpuszczam, gdy wybije godzina
wieczornego odpoczynku. Ale najpierw muszę panu coś pokazać. Niech pan
pozwoli za mną!
Zwrócił się ku wąskiemu przejściu, ale w tejże chwili zatrzymał go ostry,
rozkazujący głos Fletchera.
 Warden! Odwrócił się na pięcie.
 Sir?
 Zrobi pan, jak rozkazałem... natychmiast!
Słowa te zostały powiedziane z olbrzymią siłą. Brzmiały zimno,
dokładnie, metalicznie.
Warden stał bez ruchu, patrząc na niego. Dorze zdawało się, że jego oczy
stają się dwoma błękitnymi płomieniami, że oświetlają niewielką przestrzeń
mocniej niż lampa. Cisza, która nastąpiła, tak była naładowana dynamitem
konfliktu, że gwałtowny wybuch wydawał się nieunikniony.
Wtem, ku zdumieniu Dory... Warden uśmiechnął się swym pogodnym,
jasnym uśmiechem.
 Oczywiście, skoro pan tak nalega...  rzekł.  Może państwo pójdą
za mną. Składy są po drodze. Obejrzą państwo nasze najnowsze bryły, a ja
przez ten czas wydam ludziom rozkazy.
Po tych słowach skierował się w głąb kopalni, zmierzając ku lampie,
zawieszonej w pewnej odległości od nich. Hill ujął rękę dziewczyny.
 Może wrócisz? Może zaczekasz na mnie na górze?  spytał.
 O, nie!  odparła bez wahania.  Pójdę z tobą.
Nie odpowiedział; nie spuszczał oka z idącego przed nimi Wardena.
Ten poruszał się szybko i zręcznie, aż doszedł do miejsca, gdzie była
zawieszona druga lampa w niszy ściany. Tu przystanął, schylił się i włożył
klucz w zamek wąskich drzwi. Otworzył je i usunął się, czekając na Hilla.
 Pójdę zwolnić ludzi  rzekł.  Czy wolno mi państwa tu pozostawić
na ten czas? Tędy nie przechodzą robotnicy.
Hill stał na progu. Lampa rzucała ponure światło na przestrzeń ciasną i
nagą jak więzienie.
 Uwaga! Dwa schodki!  rzekł Warden.  Jeden jest nadłamany, ale
warto wejść tu i zobaczyć nasze najnowsze zdobycze. Niech pan przejdzie
pierwszy, sir! Ostrożnie!
Odwrócił się w przeciwną stronę i chciał odejść, nie zwracając uwagi na
Dorę. Ona stała tuż przy Hillu. Coś ją skłoniło do położenia mu ręki na
ramieniu, gdy ruszył ku schodkom.
W tej chwili stało się coś tak błyskawicznego, że nawet pózniej,
przypominając sobie tę scenę, nie mogła się zorientować w jej szczegółach.
Warden cofnął się i przyskoczył do nich. Jedną ręką odepchnął ją do tyłu,
a drugą pchnął Hilla w plecy z taką siłą, że ten potoczył się i spadł, jak
kłoda, do ciemnej nory. Warden momentalnie zatrzasnął drzwi, przekręcając
klucz w zamku i chowając go do kieszeni. Nie poprzestał na tym. Trzymając
wciąż jeszcze Dorę jedną ręką, żeby nie mogła uciec, przeciągnął przez
kłódkę żelazną sztabę.
Potem oddychając ciężko i nie mówiąc ani słowa, podniósł ją do góry,
przerzucił przez ramię i zaczął biec. Ona nie wydała ani jednego dzwięku,
była oszołomiona, niezdolna do zebrania myśli. Trzymał ją jedną ręką z taką
łatwością, jakby była dzieckiem. W drugiej ręce trzymał rewolwer; wiedziała
o tym.
Nie orientowała się nawet co do kierunku, w którym ją unosił. Wiedziała
tylko, że biegnie jak koń wyścigowy, że przebywa z nią istny labirynt, że
wreszcie wbiega na niewidzialne schody. Do jej uszu doleciał plusk wody.
Tu wreszcie przystanął. Trzymał ją wciąż z równą siłą, ale zdawał się
nasłuchiwać. Ona poddawała się bezwładnie.
Zwrócił głowę w jej stronę i szepnął:  Przeraziłem cię, maleńka, moja?
To ją wyrwało z odrętwienia. Próbowała uwolnić się z jego uścisku. Wziął
ją na ręce i trzymał w dalszym ciągu, ale już twarzą do siebie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]