[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Philippa roześmiała się.
- Powiedz, kto wtedy kogo by bronił, mężczyzna pokojówkę czy odwrotnie? -
Upchała rude loki pod kapeluszem Nata, wzięła laskę i wyruszyła.
W nocy padało. Musiała uważać na omytych deszczem chodnikach, żeby się nie
pośliznąć na nasiąkniętych wodą nieczystościach. Szybko znalazła dorożkę, wsiadła i ka-
zała się zawiezć do portu.
Pierwszą osobą, którą zobaczyła, idąc po nabrzeżu był sir Ashley Saunders. Nosił
zwykłe ubranie w tabaczkowym kolorze, brązowe pończochy i brązową perukę ale nawet
tak pospolicie ubrany wyróżniał się, jak każdy o nietuzinkowym wyglądzie. Kiedy ją zo-
baczył, pożegnał swoich towarzyszy i podszedł do niej. Zamiast jednak wykonać ukłon,
jaki powinien złożyć przed damą, skinął po prostu głową, a potem zmierzył ją krytycz-
nym wzrokiem.
- Czy mam przyjemność z panem Nathanielem Kingslake'em? - spytał, starając się
zachować poważną minę.
- Doskonale pan wie, że nie.
- W takim razie proszę się przedstawić.
- Philip King.
- A... sławny autor. - Skłonił się lekko. - Bardzo mi przyjemnie pana poznać.
- Niech pan nie będzie śmieszny.
R
L
T
- Co w tym śmiesznego? Wolałaby pani, żebym wziął ją w ramiona i całował do
utraty tchu? Niezwykła rzecz jak na pełnokrwistego samca zrobić coś takiego z innym
dżentelmenem, nie sądzi pani? Moja reputacja libertyna ległaby w gruzach.
Wizja Asha całującego ją do utraty tchu, wywołała dreszczyk, ale opanowała się
szybko i natychmiast odcięła:
- Niewielka byłaby to strata.
- Co ja mam z panią począć? - spytał ze śmiechem.
- To zależy od tego, co pan tu robi.
- Jestem tu na pani życzenie... Szukam pani brata. Zgaduję, że jest to również pani
zamiarem.
- Tak. Niech pan mnie wezmie ze sobą.
- Nie ma mowy.
- Dlaczego? Nie sprawię kłopotu.
- Mój drogi Pippo... Tak się będę przy ludziach do pani zwracał, ponieważ nie mo-
gę mówić panno Kingslake, a panie King nie przejdzie mi przez gardło. Otóż jest z panią
jeden, ale za to poważny kłopot. %7łeglarze, robotnicy portowi i magazynierzy to popędli-
wi ludzie o niewyszukanych manierach, szybko by się do pani dobrali.
- Jako do kobiety?!
- Być może, ale na pewno jako do świeżego chłoptasia, próbującego udawać męż-
czyznę. Zapewniłaby im pani kilka godzin dobrej zabawy.
- To tylko dodatkowy powód, bym schroniła się pod pańskimi skrzydłami.
- Awansowałem na kwokę?
- Sądzi pan, że to takie błyskotliwe żartować sobie. - Przełknęła łzy. Philip King
nie będzie przecież płakał. A jej bohaterowie, których z taką łatwością wymyślała, w
ogóle nie wiedzieli, co to łzy. - A ja zamartwiam się o Nata i muszę go znalezć, aby
udowodnić jego niewinność, zanim... urwała.
- Zanim co?
- Zanim zaczną o niego wypytywać dżentelmeni z Piccadilly.
- Kto pani o nich powiedział?
R
L
T
- Eleonora. Powiedziała też, że naraża pan na szwank swoją reputację człowieka
uczciwego w klubie, pomagając mi.
- Więc postanowiła pani znalezć go sama. Pochlebia mi, że dba pani o moją opinię,
ale co z pani reputacją? O tym pani nie pomyślała?
- Oczywiście, że tak. Jak pan myśli, dlaczego zakładam to ubranie?
- Trochę kiepskie przebranie - powiedział z uśmiechem i przechylił głowę, szacu-
jąc ją od stóp do głów. - Jest jakiś sens nalegać, aby wróciła pani do Trenthamów?
- %7ładnego.
- Mógłbym tam panią zaprowadzić siłą.
- Co za strata cennego czasu.
- Co prawda, to prawda. - Westchnął teatralnie. - Dobrze, pójdziemy razem, ale
błagam, niech się pani trzyma w moim cieniu i nie odzywa, chyba że będzie to absolutnie
i ostatecznie konieczne. I niech pani nie reaguje demonstracyjnie na ohydne zapachy i
plugawy język. I nie spodziewa się pomocy przy wchodzeniu na schody albo do powozu.
Gra pani rolę mojego pomocnika. - Spojrzał na nią groznie. - Oczywiście, nie oczekuję,
aby pani serio potraktowała tę rolę. Czy to zrozumiałe?
- Tak.
- W takim razie idziemy do doków, gdzie jak przypuszczam, cumuje  Sally Ann".
Dreptała obok niego, usiłując bez powodzenia stawiać tak samo wielkie kroki jak
on.
- Musi pan iść tak szybko? - zaprotestowała.
- Nie idę szybciej niż normalnie chodzą mężczyzni.
- Aha. Tylko jest pan tak wysoki, że stawia o połowę dłuższe kroki.
- Mam drobić kroczki jak fircyk?
- Nie, ale może pan iść wolniejszym krokiem.
- Myślałem, że zależy pani na czasie.
- Robi to pan specjalnie, żebym zrezygnowała.
- Nie. W takim wypadku odprowadziłbym panią na Piccadilly, choć jak słusznie
pani zauważyła, nie mamy na to czasu.
- Może mnie pan tu po prostu zostawić.
R
L
T
- To się, droga Pippo, nigdy nie zdarzy.
Trochę ją to podniosło na duchu, zwłaszcza że zwolnił jednak kroku i pozwolił jej
się ze sobą zrównać.
Rzeka tworzyła główną arterię miasta. Niemal wszystko, co było potrzebne lub po-
żądane w wielkiej metropolii, dostarczano wodą. Liczne statki kupieckie, oczekujące na
wpłynięcie do portu, łodzie towarowe i barki, wyładowane towarami i pasażerami -
wszyscy jakoś znajdowali dla siebie przestrzeń do żeglugi i wymijali się bez kolizji. Wo-
dy prawie nie było widać, i dobrze, bo była brudna i śmierdząca. Na nabrzeżu tłoczyli się
żeglarze, robotnicy portowi, przewoznicy i kupcy, niektórzy stali w grupkach i rozma-
wiali, inni spieszyli w różnych kierunkach, jedni toczyli baryłki, drudzy nieśli na ramio-
nach ciężkie paki, idąc swobodnie, jakby nic nie ważyły. [ Pobierz całość w formacie PDF ]