[ Pobierz całość w formacie PDF ]

odgłosy kilku posłanych na oślep i niegroznych dla niego strzałów.
Wycelował i z całą mocą cisnął pierwszą butelkę na dach kabiny. Płonąca nafta
rozlała się i zaczęła skapywać przez otwartą szybę; usłyszał krzyk przerażonego
kierowcy. Drugą butelkę rzucił na pakę i ujrzał szaleńczą prze-pychankę
umykających ludzi. %7ładen z nich nie miał ani czasu, ani sposobności, by do niego
strzelać.
Wrócił biegiem do Benedetty, która ochryple dysząc, drżącymi dłońmi usiłowała
zapalić knot następnej butelki. Wysiłek i szok sprawiły, że zapomniał o strachu.
- Dość - wysapał Armstrong. - Zbierajmy się stąd. - Jego słowom towarzyszył
odgłos wybuchu i jaskrawy rozbłysk nad dżipem. Armstrong skrzywił usta w
uśmiechu. - To nie nafta, to była benzyna. Chodz.
Kiedy zaczęli biec, dostrzegli łunę nad osadą - a potem następną i jeszcze
jedną. Willis wywiązywał się ze swych zadań podpalacza.
IV
Kostka O'Hary była bardzo obolała. Przed podjęciem wędrówki pod górę zmienił
opatrunek, próbując usztywnić stopę, która wciąż nie mogła utrzymać całego jego
ciężaru. Utrudniało to kluczenie pomiędzy skałami i sprawiało, że czynił więcej
hałasu, niżby sobie tego życzył.
Szedł szlakiem zorganizowanej przez Santosa obławy, która potykając się i
padając we mgle, hałasowała jeszcze bardziej niż on. O'Hara pomyślał, że
nieprzyjaciel partaczy robotę. Miał jednak swoje własne kłopoty; trudno było mu
nieść kuszę i automat, przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien porzucić
kuszy, ale wnet się rozmyślił. Była to dobra, cicha broń, a wciąż dysponował
dwoma bełtami.
185
Doznał szoku, usłyszawszy ryk Santosa, rozkazującego swoim powrót na drogę.
Przypadł do skały, na wypadek gdyby któryś z ludzi szedł wprost na niego. Jednak
żaden się nie napatoczył i O'Hara uśmiechnął się na myśl o nucie rozdrażnienia w
głosie Santosa. Najwyrazniej, koniec końców, Rosjanin postawił na swoim; zyskał
co do tego pewność, usłyszawszy od strony mostu warkot zapuszczanych silników.
Właśnie to powinni byli zrobić na samym początku - przeszukiwanie zbocza we mgle
nie miało żadnego sensu. Rosjanin był zdecydowanie lepszym taktykiem niż Santos;
nie dał się nabrać na obietnicę przekazania Agu-illara, a teraz gotował się do
ataku na kopalnię wszystkimi swoimi siłami.
Na myśl, co stanie się w osadzie, O'Hara skrzywił twarz.
Teraz, skoro zbocze góry przed nim było wolne od nieprzyjaciela, rozwijał lepsze
tempo i z premedytacją trzymał się możliwie blisko drogi. Wkrótce znów usłyszał
skowyt silników i pojął, że komunistyczny oddział zmechanizowany ruszył do
ataku. Widział światła mijającego go dżipa i ciężarówki. Nasłuchiwał, co jedzie
za nimi. Gdy upewnił się, że najwyrazniej było to już wszystko, śmiało wkroczył
na drogę i jął kuśtykać po jej równej nawierzchni.
Uznał to za całkowicie bezpieczne; gdy usłyszy nadjeżdżający z tyłu wóz, będzie
miał dość czasu, by się ukryć. Mimo to poruszał się skrajem drogi, trzymał broń
w pogotowiu i uważnie omiatał wzrokiem rozpościerającą się przed nim szarość.
Dotarcie w pobliże osady zajęło mu bardzo dużo czasu. Już znacznie wcześniej
usłyszał kilka pojedynczych strzałów i coś, co brzmiało jak wybuch; miał również
wrażenie, iż widzi gdzieś w górze łunę - nie miał jednak pewności, czy oczy nie
płatają mu figla. Zdwoił czujność i niebawem usłyszał przed sobą łomot butów.
Spocony z wysiłku wsunął się pomiędzy skały na poboczu.
Obok jego kryjówki przegalopował mężczyzna i O'Hara usłyszał jego świszczący
oddech. Pozostał w ukryciu do chwili zapadnięcia całkowitej ciszy, a potem
wrócił na drogę i podjął swe kuśtykanie pod górę. Pół godziny pózniej,
usłyszawszy za sobą warkot silnika, ukrył się znowu. Widział przejeżdżającego
dżipa. Zdawało mu się, że dostrzega Rosjanina, jednak nie miał pewności; zanim
zdążył pomyśleć o uniesieniu broni, pojazd zniknął.
Sklął siebie za tę straconą okazję. Wiedział, że nie ma sensu przypadkowe
uśmiercanie szeregowych, których jest zbyt wielu; gdyby jednak zdołał załatwić
figury, cały atak nieprzyjacielski załamie się. Od tej chwili Rosjanin i
Kubańczyk będą głównymi obiektami jego zainteresowania i wszystko inne zostanie
podporządkowane jednemu - wzięciu ich na celownik.
Rozumiał, że wyżej musiało się coś stać i spróbował przyśpieszyć kroku. Posłano
po Rosjanina, co oznaczało, że nieprzyjaciel popadł w tarapaty.
186
Zastanawiał się, czy Benedetta jest bezpieczna i poczuł przypływ gniewu na tych
bezlitosnych ludzi, którzy ścigają ich jak zwierzęta.
Wspiął się wyżej i stwierdził, że oczy go nie zwodziły - w przodzie zdecydowanie
jaśniała łuna, chociaż deformowała ją i przytłumiała wszechobecna mgła. Ogień,
jak się zdawało, miał dwa punkty koncentracji: jeden był niewielki i chyba
położony na drodze, drugi zaś sprawiał wrażenie tak ogromnego, że O'Hara z
początku nie wierzył własnym oczom. Potem uśmiechnął się -oczywiście, to była
osada. Całe cholerne skupisko szło z dymem.
Pomyślał, że oba te punkty powinien obejść szerokim łukiem i wrócić na drogę
dopiero za osadą. Ciekawość ciągnęła go jednak ku miejscu, gdzie płonął mniejszy
ogień i gdzie, jak podejrzewał, udał się Rosjanin.
Mgła była zbyt gęsta, aby dojrzeć dokładnie, co się stało. Z okrzyków mógł
wywnioskować, że droga została zablokowana. Do diabła, pomyślał, to właśnie ten [ Pobierz całość w formacie PDF ]