[ Pobierz całość w formacie PDF ]

południa owiewa ją pieszczotliwie i myślę, że teraz ona już
nigdy nas nie opuści.
Mój syn urodził się latem i nadaliśmy mu imię Gregorio,
jakie nosił ktoś z odległej przeszłości, zasługujący na
szacunek. Od urodzenia mały cieszy moje oczy, już bawi się
na podłodze mojego warsztatu zalegającymi wszędzie
strużynami. Bo muszę jeszcze dodać, że jestem obecnie
zamożnym człowiekiem, szanowanym obywatelem Neapolu.
Meble, jakie wyrabiam, bardzo dobrze się sprzedają i dzięki
temu kupiłem duży dom w tym mieście. Jakie to dziwne, że ja,
ostatni potomek patrycjuszowskiego rodu di Saronno,
zostałem stolarzem i kupcem! Ale cieszy mnie moja praca, bo
kocham drewno; mam do czynienia z celowością, realnością i
konkretem, jakże odległymi od blichtru dworskich
ceremoniałów. Tylko jedną rzecz zabraliśmy z Pawii na
pamiątkę: gołębnik. Stoi w samym środku naszego
wspaniałego dziedzińca, a gołębica Fyllis, ku swej radości, i
co za tym idzie, ku zadowoleniu mojej żony, ma już
towarzystwo.
Ach, moja żona! Promienieje szczęściem, docenia naszą
zamożność, ale pod szatami z jedwabiu niezmiennie bije
najbardziej prawe serce na świecie. Będzie się opiekowała
naszymi dziećmi, jak kiedyś opiekowała się mężem i jak w
przyszłości zaopiekuje się dziećmi naszych dzieci.
Czasami dochodzą mnie wieści z Saronno. Podobno
Simonetta i Bernardino też mają syna, któremu nadali imię
Aurelio. Zabrałem się do pracy i wystrugałem w drewnie
mnóstwo par zwierząt, każde nie większe od paznokcia, i
rozmieściłem je w drewnianej łódce wyobrażającej arkę
Noego. Z tym darem, zawiniętym w czerwony jedwab,
wysłałem do Villi Castello gońca, surowo zabraniając
ujawnienia nazwiska ofiarodawcy.
Miałem nadzieję, że Aurelio się ucieszy. (Nie wiedziałem
wtedy, jak wielką sprawiłem mu radość - wiele lat pózniej
Aurelio Luini, godny dziedzic talentu swego ojca, znalazł się,
jak wcześniej Bernardino, w klasztorze San Maurizio w
Mediolanie i namalował tam cudowny fresk przedstawiający
arkę Noego). Dotarła też do mnie wieść o tym, że Evangelista
zaczął mówić  tata" do pana, który kiedyś namalował mu na
dłoni gołąbka, a mały Giovan Pietro natychmiast poszedł w
jego ślady.
A Simonetta? Wiem, że cieszy się pełnią szczęścia jako
żona Luiniego i matka synów. Nigdy więcej jej nie
zobaczyłem, ale widziałem ją na obrazie. Bernardino
powiedział kiedyś, że Lombardia malowana jest krwią i
farbami, krew wysycha, ale farby są trwałe, wieczne. Możecie
Simonettę zobaczyć, jeżeli pójdziecie, jak ja i Amaria, do
Museo Civico Gaetano Filangieri w Neapolu. Wyszukajcie
obraz Bernardina Luiniego przedstawiający Dziewicę z
dzieciątkiem i zakonnicą. Zobaczycie Madonnę z dzieckiem,
siedzą w migdałowym sadzie, a zakonnica o dobrotliwej
twarzy czyta im Biblię. W tle, między drzewami, przechadza
się mężczyzna. Widać tylko jego jedną rękę, ponieważ drugą,
zrobioną ze złota, chowa pod płaszczem. To człowiek, którego
przebiła strzałą Madonna w tym właśnie sadzie, a zrobiła to w
imię przyjazni. Dziecko w jej ramionach to jej najstarszy syn,
którego sierotą uczyniła wojna między jednym Bogiem i
drugim. Madonna ma białe ręce, a trzeci i czwarty palec są tej
samej długości. Takie ręce miała żona artysty i matka jego
dzieci.
To ręce Simonetty di Saronno... Migdałowej Madonny.
OD AUTORKI
Jednorożce w arce
Pomysł na książkę Migdałowa Madonna zaczerpnęłam z
legendy związanej ze słynnym likierem Amaretto di Saronno,
teraz znanym jako Disaronno Originale. Opowiada ona o
romansie między piękną wdową (w legendzie karczmarką) i
malarzem Bernardinem Luinim ze szkoły Leonarda da Vinci.
Luini miał rzekomo namalować wdowę jako Zwiętą Dziewicę
w kościele sanktuaryjnym w Saronno w 1525 roku, a ona z
kolei wymyśliła skład amaretto jako miłosny podarunek dla
niego. Legenda posłużyła mi jako szkielet powieści, i to
wszystko, bo amaretto z kart tej książki nie ma nic wspólnego
z Disaronno Originale, gdy chodzi o składniki czy metody
produkcji. Te sekrety Disaronno Originale chronione są przez
rodzinę Reina z Saronno i tak być powinno.
Nie do obrony byłoby natomiast zaprzeczanie
autentyczności postaci Bernardina Luiniego, uznawanego
obecnie za największego artystę renesansowej Lombardii,
który wytrzymuje nawet porównanie ze swoim mistrzem
Leonardem da Vinci. Wiadomo, że pobyt Bernardina w
klasztorze Zwiętego Maurycego w Mediolanie był tak
sekretny, a praca wykonana tam przez niego aż tak doskonała,
iż przez wiele lat freski przypisywano samemu Leonardowi.
Mało wiemy o życiu Bernardina, więc pozwoliłam sobie na
pewną swobodę w interpretowaniu jego biografii, a dotyczy to
zwłaszcza ojcostwa dwóch najstarszych synów, Evangelisty i
Giovana Pietro. Co się zaś tyczy jego dzieła, to samo daje o
sobie świadectwo. Gorąco zachęcam do zwiedzenia pięknego
kościoła Santa Maria dei Miracoli w Saronno (obecna nazwa:
Santuario Beata Vergine dei Miracoli), ale jeżeli chcecie mieć
pełny obraz geniuszu Bernardina, przekroczcie progi klasztoru
Zwiętego Maurycego (przedtem Monastero Maggiore) w
Mediolanie, bo tamtejsze freski uważane są za największe
osiągnięcie Luiniego.
Wszyscy trzej synowie Bernardina poszli śladem ojca i
obrali tę samą profesję; każdy z nich, w różnym czasie, też
pozostawił coś po sobie w San Maurizio obok dzieła ojca.
Evangelista (Elijah) Luini został znanym malarzem,
osiedlił się w Genui i wiadomo, że w 1544 roku wymalował
na tamtejszej latarni morskiej herb miasta.
Giovan Pietro (Jovaphet) jest autorem podziwianej
Ostatniej Wieczerzy w Kościele Zakonnym w San Maurizio.
Apostoł Jan (który ufnie wspiera głowę na ramieniu Pana) jest
przedstawiony jako kobieta i rzeczywiście tę samą twarz ma
Magdalena na innym fresku Giovana Pietro.
Aurelio Luini, najmłodszy i najbardziej utalentowany z
synów Bernardina, odziedziczył też po nim słynne Libricciolo,
szkicownik Leonarda ze zdeformowanymi ludzkimi twarzami.
Być może z tego powodu wykazał się talentem w malarstwie
groteskowym. Jego wkładem w ozdabianie San Maurizio jest
piękny fresk obrazujący biblijny potop. Uważny obserwator
dopatrzy się wśród zwierząt wchodzącej na arkę pary
jednorożców.
A Simonetta di Saronno? %7łyje na ścianach San Maurizio
w twarzy każdej świętej i każdej Magdaleny, a w Saronno
każda Madonna to również ta kobieta. Wiele tych świętych
niewiast ma gdzieś na szatach symbol serca z listkami
migdałowca. Domyślam się więc, że piękność z czerwonymi
włosami, białymi rękami i ciężkimi lombardzkimi powiekami
żyła w czasach Bernardina i żyła w jego sercu. A być może w [ Pobierz całość w formacie PDF ]