[ Pobierz całość w formacie PDF ]

kryterium najwyższym.
To, czego nie możemy w nas samych zmienić, co czyni nas bez względu na proces
transformacyjny do siebie podobnymi, więcej, czemu nie wolno się sprzeniewierzyć  to
nasz światopogląd, nam tylko właściwe postrzeganie rzeczywistości, własny,
indywidualny wybór wartości. To on właśnie kształtuje i formułuje naszą wrażliwość,
poziom intelektualny, nasz smak. Ilekroć przychodzi mi popadać w zachwyt nad artystą,
stwierdzam, że odnosi się to głównie do rangi jego osobowości. Spośród wielu aktorów,
których użyteczność jest niewątpliwa, dysponujących często doskonałym warsztatem,
odnoszących prawdziwe sukcesy, tylko niewielu udaje się osiągnąć ten stopień
wtajemniczenia, że można o nich powiedzieć, iż są czymś więcej niż aktorami. To właśnie
oni, którzy zawód ten traktują jako środek porozumiewania się ludzi między sobą, jako
narzędzie do wyrażania własnego zdania na temat spraw zasadniczych, wyznaczają rangę
artystyczną aktora, uzasadniają piękno i nieustającą potrzebę teatru.
I tak się zaczął mój żywot aktorski. Trwa już ponad pięćdziesiąt lat. Nie umiałbym się z
niego wyspowiadać. Bo cóż można powiedzieć o sobie, nie zamęczając innych
opowieściami o swoich wzlotach i zapaściach, nadziejach na zawsze zwodną akceptację,
buntach przeciwko niedocenieniu, demonstrowaniu fałszywej pokory, kiedy wszystko
wyrywało się do zapewniania innych o własnej wielkości. Tym bardziej że nie bardzo
pamiętam, co przez te lata zrobiłem. Nie bardzo wiem, jak mógłbym to wszystko
uszeregować i nazwać przy moim przywiązaniu do mówienia z jakim takim sensem. Wiem
tylko, że przez pierwsze lata pracowałem w zapamiętaniu, że zatraciłem się w teatrze bez
reszty, że dzień i noc z niego nie wychodziłem, że przesłonił mi wszystko inne. Ze dopiero
po upływie wielu lat, kiedy zdobywana wiedza kazała mi szukać odpowiedzi na sens
uprawiania teatru, na jego pożytek, zatrzymałem się w tym ślepym biegu. Stanąłem, żeby
spojrzeć za siebie i stwierdzić, że wszystko, co uczyniłem, działo się poza świadomością,
79
poza przemyślanymi wyborami. Było tylko pasją, spalaniem się, pławieniem w
ekstremalnych przejawach życia  bosko komicznych, wstrząsająco dramatycznych,
rozpaczliwie tragicznych. %7łe nie szukałem ani przyczyn, ani nie przewidywałem skutków
tych bezustannych wybuchów emocji. Szafowałem nimi spontanicznie, bez żadnej
kontroli, a więc niewątpliwie głupio. Nawet dla tych moich drogich widzów, którzy od
czasu do czasu pozwalali sobie na podziw dla mnie. Czas choroby ustatkował mnie. Ale
przede wszystkim przymusowa, dwuletnia nieobecność w teatrze.
Był rok 1958, kiedy w przeddzień spotkania z dyrektorem jednego z czołowych
warszawskich teatrów udałem się do fryzjera w hotelu  Bristol . Było sporo klientów,
więc musiałem odczekać około dwóch godzin, zanim usiadłem w fotelu. Energiczny
fryzjer wykonał zręczny manewr świeżym prześcieradłem, ale nagle zatrzymał się w pół
gestu i spojrzał na mnie uważnie, oczywiście na moje odbicie w lustrze  wszyscy
fryzjerzy porozumiewają się z klientami  przez lustro  i zapytał:  Kto pana strzygł? . 
Trochę speszony odpowiedziałem, że fryzjer w Krakowie. Uśmiechnął się szeroko, jakby
spodziewał się mojej odpowiedzi, i rzekł:  Tak jest! Proszę pana, z tą głową nie da się nic
zrobić . I wyprosił mnie z fotela. Nie przewidywałem wówczas, że to niejasne poczucie
winy za związki z Krakowem będzie mi towarzyszyło po dzień dzisiejszy.
Od przyjazdu do stolicy rozpoczęło się moje świadome już uczestnictwo w pracy
artystycznej. Próba zreformowania siebie i pomysł na rozumne aktorstwo. Warszawa.
Zajęła mi większość życia. Nic więc dziwnego, że tu właśnie rozstrzygały się wszystkie
moje problemy. Trwała moja prywatna walka, podobna do zmagań tych wszystkich, którzy
obrali sobie to mimo wszystko wspaniałe miasto na miejsce stałego pobytu. W wiadomych
okolicznościach, w wiadomej atmosferze Polski Ludowej, która do końca zapewniała o
swojej niepodległości i suwerenności, nie mając ku temu żadnych podstaw, która żywiąc
się kłamstwem, siłą rzeczy, siłą swojego systemu, podzieliła ludzi na tych, którzy
uwierzyli w jej dobre chęci, i na tych, którzy temu kłamstwu się sprzeciwili. Warszawski
tygiel był największy i bulgotał najgłośniej. Nie ulec jego miazmatom, nie dać się
wciągnąć w grę podwójnej moralności, podwójnej buchalterii intelektualnej, było sztuką
trudną. Myślę, że teatrowi to się udało.
Z pomocą literatury, tej współczesnej, z polskimi poetami sceny, Gombrowiczem,
Różewiczem, Witkacym, Mrożkiem na czele, z wiarą w niezniszczalne wartości wielkiej
literatury klasycznej, dawał świadectwo uczciwości, sprawił, że dla większości
społeczeństwa stał się zródłem prawdy, siedzibą wiarygodności i nadziei. Dziś jesteśmy u
siebie, to jednak ładnie powiedziane  jesteśmy u siebie. Wracamy do normalności. Z
80
odpowiedzialności, jaka na nas ciążyła, jesteśmy zwolnieni. Polityka, okropna i zawsze
podejrzana polityka przestała być kryterium jakości. Teatr nie musi za każdym razem
udzielać odpowiedzi na sakramentalne:  W jakiej sprawie wystąpił? . Wróciła całkowita
dowolność wypowiedzi, a wraz z nią powoli oddala się, przechodzi na plan dalszy to, co
można by nazwać polską specyfiką: ideowe zaangażowanie.
Tak się składa, że i ja oddalam się, po prostu z wiekiem, zwykłą koleją rzeczy. A wraz z
tą zwiększającą się perspektywą widzenia pojawia się alternatywa, czyli kwestia wyboru.
Między tym czemu oddałem życie i samym życiem. Czy jedno bez drugiego było
możliwe? Nie sądzę. Nie sposób było nie pójść za swoim powołaniem, choć było
zachłanne, zazdrosne, nie tolerujące zdrady z nikim i z niczym, i niepodobna by było
wypełnić je prawdą i głębią bez uczestnictwa w życiu, w normalnym życiu ze wszystkimi
jego trudami, bo przecież ono jedynie jest zródłem doświadczeń, wewnętrznego [ Pobierz całość w formacie PDF ]