[ Pobierz całość w formacie PDF ]

do wynajętego samochodu i wyjechał na ulicę. W drodze do domu Tabithy podjął decyzję:
musi dowiedzieć się, co nią kieruje. Jego cierpliwość była już na wyczerpaniu, a intuicja
próbowała go ostrzec...
Ostrzec? Przed czym? %7łe może Tabi faktycznie się zmieniła? %7łe może naprawdę stała
się bardziej zadziorna, mniej uległa? Nie, nie wierzył w to. Nadal była jego słodką, miłą
koteczką. W ciągu tych ostatnich paru dni wielokrotnie widział dobroć i współczucie
malujące się w jej oczach. Nie, nie mogła się tak drastycznie zmienić.
Więc dlaczego dziś znów dopada go ten dziwny niepokój? Ciarki chodziły mu po
krzyżu jak zawsze wtedy, gdy instynkt chciał go przed czymś ostrzec. Mimo że wielokrotnie
zawdzięczał im życie, to w sumie nienawidził tych igiełek na plecach, zwiastujących
zbliżające się nieszczęście.
Dziś zapadnie ostateczna decyzja, postanowił, zaciskając ręce na kierownicy. Dziś
doprowadzi sprawę do końca. Miejsce Tabithy jest u jego boku, w jego łóżku, w jego życiu, i
im szybciej ona to zrozumie, tym lepiej dla nich obojga. Dłużej ciągnąć tego tak nie można!
Pokręcił głową. Był pewien, że Tabi przebaczy mu już pierwszego wieczoru. Na miłość
boską, przecież go pokochała.
A jeśli się myli? Jeśli go nie kocha?
Z podziwu godnym spokojem, starając się nie ulec negatywnym emocjom, zabrał
Tabithę do kolejnej restauracji mieszczącej się, podobnie jak jego pensjonat, w odnowionym
wiktoriańskim domu.
- Poza San Francisco właśnie w Port Townsend zachowały się najpiękniejsze
przykłady architektury wiktoriańskiej - powiedziała, kiedy wczoraj oprowadzała go po
miasteczku.
- Nie wiedziałem o tym - rzekł, zastanawiając się, co by zrobiła, gdyby zaciągnął ją do
najbliższego parku i rzucił na nią. Ale oczywiście to były takie teoretyczne rozważania. Nigdy
w życiu by tak nie postąpił. Był przecież dżentelmenem.
Jednakże dzisiejszego wieczoru jego dżentelmeńska natura wystawiona była na ciężką
próbę. Dzisiaj wszystko ma się rozstrzygnąć. Powoli puszczały mu nerwy. Dawniej uchodził
za człowieka wytrwałego, który nie ulega emocjom, ale to się najwyrazniej zmieniło.
Wiedział, że dłużej nie zniesie napięcia i niepewności.
- Nowa biżuteria? - spytał, spoglądając z zainteresowaniem na naszyjnik, który zdobił
dekolt Tabi.
Podniosła wzrok znad talerza; oboje zamówili krewetki w gęstym sosie koniakowym.
- Podoba ci się? - Oczy lśniły jej z podnieceniem. - To dzieło mojego przyjaciela.
Przedstawia mitycznego centaura, istotę będącą pół człowiekiem i pół koniem, podobno
odznaczającą się wielką chucią.
Devlin widział, że gdyby mogła, natychmiast cofnęłaby te słowa. Do tej pory
wystrzegała się jakichkolwiek wzmianek o seksie. Zwietnie, pomyślał, kiedy oblała się
rumieńcem. Przynajmniej sprawy dotyczące cielesności i pożądania krążą jej po głowie.
- Większą niż smoki? - spytał niewinnie. Zakasłała, po czym ujęła kieliszek z winem.
- Właściwie to nikt nie zna zwyczajów erotycznych smoków...
- Poza tobą - wtrącił.
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, wolałabym, żebyśmy zmienili temat - rzekła
wyniośle.
- Proszę bardzo, kotku.
Nie zamierzał się sprzeciwiać. Mogą zmienić temat, mówić o czymkolwiek, ale o
seksie on, Devlin, nie pozwoli jej zapomnieć! Dzisiejszego wieczora będzie się z nią kochał,
uciszy te dziwne sygnały ostrzegawcze, które nękają go od popołudnia.
- Wejdziesz na moment? - - spytała dwie godziny pózniej, kiedy odprowadził ją pod
drzwi.
Nie boi się tych wieczornych wizyt, pomyślał zadowolony. Poprzednie dwa wieczory,
kiedy odwoził ją do domu, również zapraszała go na kawę lub kieliszek wina. Ponieważ bez
oporów wychodził, nie miała powodu sądzić, że dziś też tak nie postąpi.
- Dziękuję. Z przyjemnością.
Odprowadził ją wzrokiem do kuchni, a sam ostrożnie przykląkł przed kominkiem, by
rozpalić ogień. Akurat wstawał, podpierając się laską, kiedy Tabitha wróciła do pokoju z
dwoma kieliszkami koniaku w ręce. Zacisnąwszy usta, syknął z bólu, po czym uśmiechnął się
bezradnie.
- Co się stało? - Popatrzyła na niego zatroskana. - Noga ci dokucza? - Pośpiesznie
odstawiła kieliszki na stół i obejmując Devlina w pasie, pomogła mu dojść do kanapy.
- Trochę. Zaraz mi przejdzie. Pewnie za bardzo ją wczoraj nadwerężyłem, kiedy
chodziliśmy po mieście.
- Chciałam ci pokazać nasze piękne wiktoriańskie domy. - Przytrzymała go, gdy siadał
na kanapie. - Nie pomyślałam, że taki długi spacer może ci zaszkodzić.
- W jej głosie pobrzmiewały wyrzuty sumienia. - Może wypijesz trochę koniaku...?
Z wdzięczności przyjął kieliszek. Tabitha usiadła obok na kanapie i siedziała spięta,
dopóki nie wypił odrobiny alkoholu i nie zapewnił jej, że w tej pozycji noga znacznie mniej
go boli.
- Jeszcze kilka minut i będzie dobrze. Zanim stąd wyjdę, ból powinienem całkiem
ustąpić.
To prawda. Ponieważ nie zamierzał wychodzić przed świtem, do tego czasu ból
faktycznie powinien zniknąć. Noc spędzona z Tabithą to najlepsze lekarstwo na wszelkie
dolegliwości. Nagle zauważył, że Tabi przygląda mu się z poważną miną.
- Właśnie o tym chciałam z tobą porozmawiać - zaczęła.
- O moim wyjściu? - zażartował, uśmiechem pokrywając niepewność. - Dopiero
przyszliśmy. Nawet nie dopiłem koniaku.
- Nie o twoim wyjściu. O twoim wyjezdzie - sprecyzowała. - Jakie masz plany, Dev?
Jak długo zamierzasz zostać w Port Townsend?
Wziął głęboki oddech, po czym wolno wypuścił z płuc powietrze.
- Na zawsze - odparł.
- Na zawsze? - O mało nie wypadł jej kieliszek z dłoni. - Jak to?
- Myślę o tym, żeby otworzyć biuro podróży w lokalu, który sąsiaduje z Mandalą. W [ Pobierz całość w formacie PDF ]