[ Pobierz całość w formacie PDF ]

chce. A chciał jej, Foxy. Nie tylko chciał, również potrzebował. Rozgrzani, spleceni w
miłosnym uścisku spełniali nawzajem swoje niewypowiedziane pragnienia.
Parę godzin pózniej, gdy leżeli mocno wtuleni w siebie, szum deszczu ukołysał ich
wreszcie do snu.
ROZDZIAA DZIESITY
Promienie słońca padały na jej twarz. Czuła się szczęśliwa. Nie otwierając oczu,
westchnęła cicho; nigdzie się nie spieszyła, po prostu czekała, aż znikną opary snu i nadejdzie
przebudzenie. Przypomniały się jej cudowne sobotnie poranki, kiedy była małą dziewczynką.
Leżała w łóżku, budząc się i zasypiając, wiedząc, że wreszcie nastał dzień wolny od szkoły,
od lekcji, od obowiązków. Poniedziałek wydawał się strasznie odległy. Tak, kochała te
sobotnie poranki...
Jakiś ciężar, miły ciężar, przygniatał ją w pasie. A obok coś promieniowało żarem.
Przysunęła się bliżej do zródła ciepła. Hm, jak dobrze. Uniosła leniwie powieki i popatrzyła
prosto w oczy Lance'a. Przeszłość zniknęła, ustępując miejsca terazniejszości. Ale uczucie
szczęścia i błogości pozostało. Nie odezwała się. Lance również milczał. Spojrzenie miał
jasne, bystre, najwyrazniej nie spał od dłuższego czasu. Gdy się tak w siebie wpatrywali, ich
usta powoli zbliżały się...
- We śnie wyglądałaś jak dziecko - szepnął, obsypując pocałunkami jej brodę i
policzki. - Młodo i niewinnie.
Nie przyznała się, że myślała o szkole. Kiedy jego palce wędrowały po jej biodrach i
plecach, czuła się coraz bardziej jak kobieta.
- Od dawna nie śpisz?
- Uhm - zamruczał w odpowiedzi. - Zastanawiałem się, czy cię nie obudzić. - Przytulił
ją mocniej. - Niewiele kobiet potrafi wyglądać tak niewinnie, a zarazem zmysłowo z samego
rana.
Uniosła pytająco brwi.
- Skąd wiesz?
- Bo jestem ranny ptaszek - odparł z uśmiechem.
Po krzyżu przebiegł jej dreszcz.
- Pewnie jesteś głodny?
- Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo.
- Uchwycił w zęby jej dolną wargę. - Jesteś pyszna - szepnął. - Masz tak miękką
skórę, jędrne ciało... Trudno ci się oprzeć - mówił, wodząc dłonią po jej biodrach.
Słowami i dotykiem doprowadzał ją do stanu podniecenia. Ale tym razem było
inaczej; wiedziała, jaka rozkosz będzie ją czekać. I wcale się nie pomyliła.
Parę minut po dwunastej, ubrawszy się, postanowiła zejść na dół. Nie spieszyła się;
tłumaczyła sobie, że im wolniej się będzie poruszać, tym dłużej potrwa dzień. Skręciła w
stronę kuchni; resztę domu zwiedzi z Lance'em. Raptem ciszę przerwał dzwonek do drzwi.
Ponieważ Lance brał prysznic, uznała, że sama otworzy.
Na osłoniętej białej werandzie stały dwie kobiety, które zdecydowanie nie wyglądały
na żadne akwizytorki. Pierwsza była młoda, w wieku Foxy, o lśniących brunatnych włosach i
dużych piwnych oczach. Miała na sobie elegancki kostium z tweedu, szeroką spódnicę,
dopasowany żakiet, a do tego jedwabną bluzkę. Z całej jej sylwetki biła ogromna pewność
siebie.
Druga kobieta była starsza, lecz nie mniej atrakcyjna z wyglądu, o krótko obciętych,
białych jak śnieg włosach, które - zaczesane do tyłu - podkreślały delikatne rysy jej twarzy.
Prosty jasnoniebieski kostium, który idealnie harmonizował z kolorem jej oczu,
przypuszczalnie kosztował majątek. Twarz starszej kobiety, choć niewątpliwie piękna,
wydała się Foxy nieco bez wyrazu - trochę jak piękny krajobraz namalowany bez wyobrazni.
- Dzień dobry. - Uśmiechnęła się przyjaznie.
- Czym mogę paniom służyć?
- Może byłaby pani łaskawa nas wpuścić - oznajmiła z wyraznym bostońskim
akcentem starsza kobieta i nie czekając na zaproszenie, weszła do środka.
Bardziej zaciekawiona niż zła, Foxy odsunęła się na bok, by młodsza również mogła
wejść. Stojąc na środku holu, starsza kobieta ściągnęła rękawiczki z białej kozlęcej skóry i
wbiła wzrok w Foxy, która ubrana była w dżinsy i luzny bawełniany sweter. W powietrzu
unosił się zapach drogich francuskich perfum.
- Gdzież się podziewa mój syn?
Powinnam była wiedzieć, pomyślała Foxy, podczas gdy zimne niebieskie oczy
mierzyły ją od stóp do głów. Z drugiej strony nic dziwnego, że nie skojarzyła, iż starsza
kobieta jest matką Lance'a. Nie było między nimi żadnego podobieństwa.
- Na górze, proszę pani - odparła. - My...
- Więc niech pani po niego pójdzie. I powie mu, że tu jestem.
Nie tyle niegrzecznie wyrażone życzenie, co pogardliwy ton sprawił, że w Foxy [ Pobierz całość w formacie PDF ]