[ Pobierz całość w formacie PDF ]

nic do powiedzenia. Daniel udawał, że rozwiązuje krzyżówkę w gazecie, ale tak naprawdę to
ukradkiem podpatrywał, jak Marina rozbiera się do snu. Robiła to, jakby w ogóle nie zdawała
sobie sprawy z własnej cielesności, a jeszcze bardziej nie zdawała sobie sprawy z obecności
Daniela, zupełnie nie przejmując się tym, że gdy pochylała się do przodu, by zdjąć but, jej
brzuszek marszczył się, formując nieestetyczne fałdy. Nie przeszkadzało jej, że kręciła się po
domu z gołymi cyckami i tyłkiem. Tak samo jak on nie miał żadnych oporów, by ściągnąć
slipy i podczas wkładania piżamy wystawić na widok całą swoją zwisającą męskość, co też
uczynił zaledwie chwilę wcześniej. Ale były kiedyś czasy, gdy ich ciała zdawały się
namaszczone do bycia największą wartością i celem samym w sobie. Dni, w których
zobaczyć piersi Mariny stanowiło objawienie. Czasy, kiedy pokazanie swoich intymnych
części ciała czy pozostawienie ich bez okrycia było czymś nieomal religijnym, prawie
liturgicznym, jakby ktoś odsłonił do adoracji relikwie. Seks zawsze miał w sobie coś
świętego, kiedy był dobry, kiedy był pełen pasji. Jednak potem wszystko wyparowało i nie
zostawiło nawet śladu swojej obecności.
Ach, to smutne milczenie ciał, które nie mogą już na siebie patrzeć. Ciał, które
kompletnie się ignorują. Marina nadal chodziła po pokoju, od komody do krzesła, do okna, do
drzwi, zupełnie goła i zupełnie obojętna na to, czy Daniel tam był, czy nie. Każdy centymetr
kwadratowy jej ciała wypacał nieznośną obojętność. Chociaż zaraz, chwileczkę, teraz
nastąpiła pewna zmiana, teraz wciągnęła brzuch, wyprostowała plecy, subtelnie zmieniała
ułożenie ramion: przeszła obok lustra i poprawiła się, sama dla siebie. %7łeby widzieć siebie
ładniejszą. Bardziej ją interesowało jej własne zdanie niż zdanie partnera. Ciekawe, ilu innych
facetów, prawdziwych i hipotetycznych, uosabiało to spojrzenie, którym Marina obrzuciła się
w lustrze. Jego kobieta patrzyła na siebie, wyobrażając sobie spojrzenie mężczyzny. To
znaczy innych mężczyzn. I nigdy jego samego. W tym kobiety są radykalne, idą na całość jak
dzikie bestie. Kiedy odbierają ci swoje ciało, odbierają je całkowicie, na zawsze. Wydawało
się, że tym sposobem Daniel nagle przeistoczył się w stworzenie innego gatunku. W
nosorożca, na przykład. I wtedy utworzenie z nim pary było dla Mariny czymś absurdalnym i
nie do pomyślenia. Oczywiście na skojarzenie z nosorożcem wpadł on sam, coś w tym było,
że Daniel wyobraził sobie siebie jako właśnie to zwierzę, wielkie, silne i z ogromnym rogiem.
Ale Marina na pewno raczej uznałaby go za podobnego do królika. Cóż, tak czy owak, na
jedno wychodzi, bo z królikami ludzie też nie mogą się łączyć w pary.
Jemu, dla odmiany, jeszcze udawało się patrzeć na ciało Mariny jak na obiekt
pożądania. Wystarczało, żeby się zatrzymał i naprawdę się jej przyjrzał, żeby się trochę
wysilił i przypomniał sobie niegdysiejsze ciepło jej skóry, a Marina znów stawała się dla
niego kobietą. Tak, Daniel nadal mógł jej zapragnąć, ale nieszczęście sprawiło, że już
zupełnie nie był zdolny do tego, by jej dotknąć. Od zbyt dawna się nie kochali, a do tego ona
tyle razy go odrzucała, że Daniel miał pewność, iż z Mariną nie odnajdzie już swojego
nosorożcowego rogu. Więc pragnął jej tylko troszkę i tylko z daleka, jakby z zewnątrz
samego siebie. Był to rodzaj widmowego pożądania, uczucie podobne do odczuć ludzi po
amputacji kończyn, kiedy nadal wierzą, że czują nogę, którą im ucięto. Marina była jego
kalectwem.
Teraz już się położyła i zgasiła lampkę na swoim nocnym stoliku. Wydawało się
niemożliwe, by dzielili to samo łóżko i miesiącami kładli się razem spać, nawet nie ocierając
się o siebie. I jemu nadal wydawało się niemożliwe, żeby latami spędzał wypełnione
intymnością potu i chrapania noce z kobietą, która nie tylko była mu obca, ale na dodatek
była jego wrogiem. W odrealnionej świetlistości swych długich, bezsennych nocy Daniel
dziwił się, że leży obok osoby, z którą w rzeczywistości nic go nie łączy. Miałby pewnie
więcej wspólnego z przypadkowymi kobietami, z którymi jechał dziś po południu metrem,
kiedy znowu mu się zepsuł ten cholerny samochód.
Ale mimo wszystko nie rozstawali się.
Tajemnicza sprawa.
Poprzedniej nocy Daniel znów miał swój nawracający koszmar - przerażające
poczucie, że kogoś zabił, nie zacierało się nawet po przebudzeniu. Oczywiście, po tylu latach
pracy na ostrym dyżurze widział wielu umierających. I przypominał sobie też kilka
przypadków, w których to jego praktyka lekarska pozostawiała wiele do życzenia. Ale Daniel
był profesjonalistą, weteranem, i już wiele lat wcześniej nauczył się, że nie jest Bogiem.
Popełniał błędy. I następowały zgony. Poza tym wszyscy kiedyś umrzemy. Wszyscy
jesteśmy szkicami trupów. To nie ma znaczenia, czy skończymy chwilę wcześniej, czy
pózniej.
A tu proszę, pojawia się taki niezrozumiały koszmar i napełnia go lękiem. A może
nadal jest z Mariną, by ukarać się za tę zbrodnię, której nie może sobie przypomnieć? Ale,
Boże, nawet Lup, jego wirtualna przyjaciółka, jest dla niego bardziej czuła niż ona! A Lup [ Pobierz całość w formacie PDF ]