[ Pobierz całość w formacie PDF ]

najmądrzejsze. Zaraz jednak przywołała się do porządku. Dość już
tego myślenia o Dawidzie!
Ubrała się w obcisłe dżinsy i jasnożółty kaszmirowy pulower.
Wyszła na dwór. Ranek był chłodny, ale rześki. Claire przeciągnęła się
rozkosznie. Zagwizdał czajnik, wróciła więc z powrotem do chaty
40 Sokół i Mewa
i zaparzyła kawę. Wypiła ją powoli, potem założyła kurtkę i po
stanowiła zrobić sobie wycieczkę. Długi spacer na pewno dobrze jej
zrobi.
Czuła się jak nowo narodzona. Każdy krok oddalał ją od wszystkich
problemów i kłopotów. Chicago odpłynęło gdzieś we mgle. Miała
przed sobą pięć długich dni i w tym czasie będzie niedostępna dla
nikogo. Odetchnęła świeżym powietrzem, przesyconym zapachem
sosen.
Zatrzymała się na rozwidleniu dróg. Chciała dotrzeć do wodospadu,
o którym mówił jej Dawid. Którą drogę powinna wybrać? Zdecydo
wała się pójść na lewo.
Zatopiona w rozmyślaniach podążała przed siebie wąską, ledwie
dostrzegalną ścieżką. Wysoka trawa sięgała jej prawie do pasa, często
musiała też odgarniać nisko zwieszające się gałęzie jodeł, zagradzające
jej drogę. Opadły ją wątpliwości, czy rzeczywiście poszła we właś
ciwym kierunku. Doszła jednak do wniosku, że nie miało to żadnego
znaczenia. Nie spieszyło się jej. Jeśli dziś nie znajdzie wodospadu, to
trafi do niego jutro.
Poszła dalej. Zcieżka zwężała się coraz bardziej. Claire zatrzymała
się, usłyszała bowiem wyrazny szum wody. Wyszła na polanę i oślepiło
ją jasne światło słońca.
To, co zobaczyła za chwilę, zaparło jej dech w piersiach. Z szarych,
wysokich skał spływały w dół niezliczone wodospady. Miliony drob
niutkich kropelek wody rozpryskiwały się w promieniach słońca.
Spieniona woda na powierzchni zielonego jeziora wyglądała jak
pokrywa śnieżna.
Jakiś ptaszek przeleciał tuż obok głowy Claire. Zaćwierkał wesoło
i zniknął w lesie.
Nagle serce jej zabiło żywiej. Na platformie skalnej tuż nad jeziorem
siedziała bez ruchu jakaś postać. Dawid! Claire bała się odetchnąć
głośniej, żeby go nie spłoszyć. Ogarnęło ją niezwykłe uczucie pożąda
nia w stosunku do tego mężczyzny, którego przecież prawie nie znała.
Pragnęła w jego ramionach zapomnieć o wszystkich dręczących ją
problemach.
Prawie bezszelestnie wspięła się na stromą skałę. Krew tętniła w jej
żyłach, serce waliło jak młotem.
JANINE
Dawid, mimo że zwrócony do niej plecami, wyczuł jednak jej
obecność, gdyż nieoczekiwanie wyciągnął rękę w bok. W dłoni trzymał
kolorową glinianą fajkę.
Claire zawahała się, czekając, aż Dawid odezwie się do niej. Ale on
siedział milcząc, z wyciągniętą ręką, jak antyczny posąg. Wzięła więc
od niego fajkę, pociągnęła z niej i oddała ją z powrotem. Na ustach
Dawida pojawił się uśmiech, nadal jednak nie odezwał się.
Claire usiadła obok niego.
- Wypaliłaś ze mną fajkę pokoju, Ni Cheemisim. Dziękuję ci za to.
- Hmm ... - Claire spojrzała ukradkiem na nieruchomą sylwetkę
mężczyzny. - Co pan tu właściwie robi? Medytuje?
- Można to tak nazwać. Obchodzę święto Wschodu Słońca. Stary
przekaz nakazuje Indianom Cree tę ceremonię powitania pierwszych
promieni słońca i bogów nowego dnia.
- Aha. Ale dlaczego nie obchodzi pan tego święta po prostu
w domu? Czemu leci pan godzinę do puszczy? Czy są może jakieś
specjalne miejsca przeznaczone na tę ceremonię?
- Nowy dzień można powitać wszędzie. A to miejsce po prostu
bardzo mi się podoba.
Dawid spojrzał na nią uważnie.
- Jest pani piękna jak jasny poranek - powiedział z podziwem.
- Dobrze pani spała w nocy?
Claire skinęła potakująco głową. - Dobrze, dziękuję. Nie musi się
pan o mnie martwić - odpowiedziała sztywno.
- No, no, niech pani znowu nie wystawia kolców, młoda damo. Nie
zadałem tego pytania w złej wierze. Musi pani wreszcie przestać
upatrywać w każdym mężczyznie wroga, Ngeaushkum.
Claire wzruszyła tylko ramionami.
- Musi pani pozbyć się tej nieufności - ciągnął dalej Dawid. - Jeśli
mówię, że jest pani piękna, to nie jest to wcale równoznaczne z tym, że
uważam panią za głupią. A zdaje się, że właśnie o to pani mnie
podejrzewa. Uroda nie jest skazą, Claire. To prezent od natury,
podobnie jak z rozumem. I żadnego z tych darów nie można
lekceważyć, czy też nie doceniać. - Spojrzał jej badawczo w oczy.
Claire chciała coś powiedzieć, ale natarczywy wzrok Dawida nie
pozwalał jej zebrać myśli.
42
Sokół i Mewa
- W każdym razie rad jestem, że pani tu przyszła. Widocznie moje
dawne zdolności nie straciły jeszcze mocy.
- Nie rozumiem...
- Mówię o zdolności przekazywania myśli. Mój dziadek ze strony
matki wtajemniczył mnie w tę tajemną sztukę. Trzeba siedzieć bez
ruchu i uwolnić się od wszystkich myśli. Następnie trzeba oczami
duszy zobaczyć obraz osoby, której chce się coś przekazać. Dziś rano
myślałem tylko o pani.
Claire spojrzała na niego z niedowierzaniem. - Taki hokus-pokus,
tak?
- Wcale nie - uśmiechnął się Dawid. - Przypomina pani sobie
rozwidlenie dróg? Musiała pani tam zdecydować się na jedną z dwóch
ścieżek. Poszła pani na lewo - ponieważ wpłynąłem na panią z od
dali.
- Ale... - Claire urwała, gdyż Dawid gestem nakazał jej milczenie.
- Uważa pani, że to niemożliwe? Myli się pani. Indianie wiedzą od
dawna, że można przekazać myśli na odległość. Trzeba tylko żyć [ Pobierz całość w formacie PDF ]