[ Pobierz całość w formacie PDF ]

entuzjazm rozgrzeszał mnie z tego zaniedbania. Podczas gdy oni czytali na głos
przygotowane przeze mnie jeszcze w ojczyznie streszczenia kolejnych powieści
Włócznika, ja spacerowałem po sali i przyglądałem się badawczo tym młodym i pełnym
siły witalnej ludziom.
Margaret z Yorku jest cichą myszką, która siedzi w kącie, wszystko notuje i nigdy
nie zabiera głosu. Zapytana o dowolną rzecz, tłumaczy się, że nie wie, i nerwowo kartkuje
notatki. Byłaby typową przedstawicielką znanego wśród uczniów gatunku, gdyby nie to,
że jest piękna, nie nosi okularów i dobrze się ubiera. To połączenie jest zachwycające,
gdyż jej uroda powiązana z niewymuszoną i pokorną fascynacją wiedzą przyciągają
uwagę w dwójnasób. Ma duże, niebieskie oczy, które ze skupieniem wodzą nie tylko za
mną  co zupełnie zrozumiałe  ale za każdym, kto akurat trzyma pałeczkę w
intelektualnej dyspucie. Jednak kiedy ktoś próbuje jej przekazać ową pałeczkę, ta upada na
ziemię i intelektualna sztafeta zostaje przerwana.
Margaret nie jest głupia, tylko nie ma własnego zdania. Oplata się wokół czyichś
słów, zapamiętuje je, z większością się zgadza. Mimo milczenia prowadzi wewnątrz
burzliwe spory, jest zaangażowanym w każdą rozmowę uczestnikiem, któremu jednak
ktoś wyłączył fonię. Tylko słucha, nic nie mówi. Wie wszystko, a jak nie wie, to spędza
długie godziny w czytelni, by nadrobić braki w wiedzy. Wystarczy wspomnieć o czymś,
aby zobaczyć, jak Margaret pilnie notuje, a potem sprawdza u zródła. Jednak sama wie 
albo niedługo się dowie  że jest jak encyklopedia, która samodzielnie nie myśli.
Zachwyca się każdą wartą zachwytu myślą, i tak przechodzi od zachwytu do zachwytu,
onieśmielona wielkością omawianych postaci, ważnością przywoływanych cytatów i
przenikliwością prezentowanych teorii. Jest tylko świadkiem humanistycznych sporów,
kibicem mądrości, sublokatorką nauki.
Nie wiem, co Margaret będzie robiła za kilka lat. Ale nie sądzę, żeby zajęła się
pracą badawczą. Znajdzie pewnie jakąś przyzwoitą, dobrze płatną pracę, która spożytkuje
jej wiedzę. Czasem powróci wspomnieniami do lat uniwersyteckich i pasjonujących
dyskusji, które prowadziła  bo tak zapamięta swoją niemą obecność na zajęciach. Nie
przestanie śledzić z dystansu tych kilku dziedzin, które fascynują ją najbardziej, lecz z
każdym rokiem będzie się od nich coraz bardziej oddalać, bo mało czasu, bo praca, bo
rodzina. Kiedy zostanie babcią, nikt nie pomyśli, że kiedyś dobrze się zapowiadała i nosiła
w sobie wiedzę wartą fortunę.
Moje myśli żeglowały jednak nie ku młodej Angielce, lecz odpływały w stronę
Jadranki, z którą byłem umówiony zaraz po zajęciach. Ilekroć ją wspominałem,
przypominała mi się moja wspaniałomyślność i czułem wewnętrzną dumę.
O długich spacerach
Tak zaczęły się nasze spotkania, z początku sporadyczne, niby przypadkowe, a
pózniej już planowane i wyczekiwane. Najpierw spotkałem ją niby niespodziewanie na
korytarzu w St. Brendan. Przywitałem się i zauważyłem, że nie pada, po czym
wspomniałem nasz spacer.
 Może byśmy go powtórzyli?  zaproponowałem niezobowiązująco, kartkując
ostentacyjnie powieść Filipa Włócznika.
Jadranka zgodziła się i popołudnie następnego dnia wypełniła nam długa
przechadzka po północnych pustkowiach. Wędrowaliśmy wzdłuż kamiennych murków,
które tworzyły na zielonych płaszczyznach wzgórz istny labirynt. Kiedyś oddzielały
pastwiska różnych właścicieli. Po latach, gdy większość mieszkańców na Wielkim
Finneganie wycofała się z hodowli owiec, wszystkie pola przejął pan Harris. Dlatego w
części szarych ogrodzeń wybito przejścia, by stada owiec mogły nieskrępowanie krążyć w
poszukiwaniu najlepszej trawy. Ale ktoś, kto nie znał tych sekretnych bram, mógł łatwo
się zgubić. Nie groziło mu co prawda żadne niebezpieczeństwo, ale punktualny powrót na
obiad stawał pod znakiem zapytania. [ Pobierz całość w formacie PDF ]