[ Pobierz całość w formacie PDF ]

w oóieży barwa niebieska ( obłoczna , jak mawiano), a w klejnotach perły. Starsze wy-
stępowały niemal wyłącznie w czerni, roziskrzonej tu i owóie tęczowymi iskrami brylan-
tów. Niektóre z óiewic miały włos rozpuszczony, a na nim wianek z kwiecia świeżego, co
było pamiątką prastarych, słowiańskich jeszcze, czasów. Ubiór matron zbliżał się barwą
i krojem do oóieży zakonnej.
W bocznych nawach i pomięóy filarami (które mozaikowały gęsto kamienie nagrob-
ne) tłoczył się naród podlejszy. Ale i ten nawet nie był, jak óiś bywa, tłumem pospo-
litym i  szarym . Barwy: ceglasta, modra, żółta, a nawet krzykliwie czerwona, ożywiały
go przyjemnymi dla oka plamami.
Więc też słońce, padłszy w tę zawieruchę barw i blasków, hulało bez pamięci, jak
bachantka na uczcie Dionizowej. Góie tylko promień jego sięgnął, istnym wybuchem
znaczył swe przejście. Cóż dopiero gdy sine dymy kaóideł przebiwszy, do sanc ua ium
dotarł, gdy oświecił ołtarz wielki, świeżo sumptem królewskimu t od podstaw do szczytu
wyzłocony, gdy złocenia te, ogniem swym objąwszy, w gorejący krzak Mojżesza bogatą
całość zamienił!
Obraz to był nie na óisiejsze oczy&
Wielkim, od lat óiesięciu, to jest od daty cudu, niesłabnącym urokiem czarował
wszystkich Chrystus, przez szlachetnego Baryczkę z Norymbergi zwieziony. Korzono się
przed nim, wzdychano doń, wota mu kosztowne ślubowano. Urok innego roóaju wy-
wierał obraz włoskiego pęóla, świeżo w wielkim ołtarzu zawieszony. Malował go, na
zlecenie króla, młodszy Palma, mistrz wenecki. Była na obrazie tym Najświętsza Panna,
byli święci Jan Chrzciciel i Stanisław: trójca patronów miasta, kraju i chrześc3aństwa
całego. Czyjeż serce na tyle świętości pozostałoby obojętnym!
Organu Fara jeszcze nie miałau u . Tymczasem rolę organu pełniła kapela  na cały
świat chrześc3ański najsłynniejszau v  . Kościół miał swoją kapelę, dwór swoją: w dnie
jednak uroczyste dworscy muzykowie i śpiewacy śpieszyli łączyć się z farskimi. Tak wła-
śnie i w owym dniu było.
Uwaga pobożnych, pomięóy malowidła, stroje, relikwie, śpiew i muzykę rozóielona,
ogniskowała się w jednym przedmiocie, który wszystkich w równym stopniu pochłaniać
się zdawał. Kto by śleóił z pilnością promienie spojrzeń tego tłumu różnolitego, po-
znałby, że zbiegały się one w prezbiterium, po prawej stronie wielkiego ołtarza, na ganku
cudnie rzezbionym, góie sieóiał jeden tylko w modlitwie pogrążony człowiek. Człowiek
ów, panujący osobą swą nad gronem dostojników kościelnych, nad magnaterią strojną
i buńczuczną, nad poważnym patrycjatem mieszczańskim i nad tłumnymi rzemieślniczy-
mi korporacjami, sieóiał cicho i w takiej nieruchomości, że raczej posągiem się zdał niż
żywą istotą.
W jego twarzy białej, lekko zarumienionej, o rudawych włosach i takimże zaroście,
malował się wielki, nadluóki niemal, spokój. Nie był to wszakże spokój marmuru; prę-
óej można go było woskowym nazwać lub drewnianym. Rysy te miały wyraz zastygły
i niezmienny, który świadczył o zastygłej również i niezmieniającej się duszy. A składa-
u audum (łac.)  rozporząóenie.
u t sum em k e skim  na koszt króla.
u u anu a a nie mia a  dar ten, również królewski, czekał ją dopiero za lat piętnaście. [przypis
autorski]
u v ka e a na ca ia c ze c a ski na s nnie sza  jak głosi e i a ium dyrektora jej, Włocha, dotąd
w Katedrze zachowane; [e i a ium (łac.): utwór poświęcony pamięci osoby zmarłej; tu: napis nagrobny na
tablicy w kościele; red. WL]. [przypis autorski]
wik or o u i ki Cudna mieszczka 28
ły się na ów wyraz pierwiastki różnorodne i sprzeczne: pokora i zaciętość, pobłażliwość
i upór, znieczulenie moralne i wielki wysiłek umysłu ku jednemu skierowany celowi&
Ten człowiek-posąg, czy też ten człowiek-automat, miał lewą rękę opasaną różańcem,
w prawej zaś trzymał książkę niedużą, z której się modlił, poruszając nieustannie blady-
mi, wąskimi wargami. Oczy jego były wielkie, ciemne i tak przejrzyste, jak przejrzystą
bywa płytka i martwo stojąca woda. Spojrzenie ich przenosiło się z książki na kapłana,
a z kapłana na książkę; zdawało się też, że poza tymi dwoma przedmiotami nic już zgoła
dla tych oczu i dla człowieka tego nie istnieje.
Był to  król.
Nabożeństwo do połowy dobiegło. Ojciec Bembusu w , jezuita, chorego Skargę zastę-
pujący, zeszedł już z kazalnicy. Zbliżał się punkt nabożeństwa szczytowy: Podniesienie.
Już Bobola, podkomorzy królewski, zwyczajem swym, z ławki wyszedł i krzyżem
legł na kamiennej posaóce. Wielu mieszczan za przykładem jego poszło, o ile im na to
tłok panujący w świątyni pozwalał. Fala głów pochyliła się naprzód i w tył, na kształt
kłosów, na które wiatr powiał. Ucichł głos celebransau x i usługujących mu alumnów. Na
powitanie chwili wielkiej wszystko skupiło się i zamilkło&
Ale wprzód jeszcze zabrzmieć miały na chórze pieśni, z pięknych najpiękniejsze.
Twarz Zygmunta straciła na chwilę swój wyraz drewniany. Odmalował się na niej
lekki, radosny niepokój, jaki sprawia rozkosz nadchoóąca. Twarz królewska wciąż była
zwrócona ku ołtarzowi, ale ucho lewe pochyliło się widocznie, ruchem miłosnym niemal,
w stronę chóru&
Tymczasem zaszła rzecz nieprzewióiana.
Zamiast pieśni wspaniałej, która świątynię całą wstrząsnąć miała, ozwało się kilka
głosów niestrojnych, głuchych i jakby śmiałością własną przelękłych. Cytry i wiole po-
łączyły się z nimi, ale po to tylko, by zamieszanie powiększyć. Po kilkunastu taktach
niefortunnych wszystko w miejscu stanęło.
Zwiątynię zaległa cisza kłopotliwa. Wszyscy na chór się obejrzeli, zaasowani i kwaśni.
Na obliczu królewskim osiadła chmura&
Ale w tejże chwili kapłan powrócił do ołtarza i zadzwiękły ówonki alumnów. Król ze
stołka zesunął się i na kolana upadł; kaóielnice mocniej zadymiły; po kościele przebiegło
jękliwe a potężne  aaaa! ; złota monstrancja uniosła się w górę i najdumniejsi czołem
przed nią uderzyli.
Po skończonej ofierze Zygmunt wrócił na miejsce, z nierozwianą na obliczu chmurą.
Na jedno z pacholąt dworskich, w głębi ganku stojących, skinął, a nadbiegłemu szepnął
słowo jedno:
 Pacelliu y &
Potem na nowo w modlitwie się zagłębił.
Pacholę bocznymi schodami zbiegło do kaplicy  ciemnej , a stąd wskroś tłumu, roz-
stępującego się ze czcią przed barwami królewskimi, do chóru dotarło i na chór weszło.
W chwil kilka pózniej wracało tąż samą drogą, a za nim postępował dyrektor muzyków
królewskich, Asprilio Pacelli. Włoch to był zażywny, z cuóoziemska ubrany, z wywinię-
tym u sukni koletem, z bródką niewielką i takimiż wąsami.
Zatrzymał się on w przejściu do loży królewskiej wiodącym i postawę przybrawszy
pokorną, czekał.
Nabożeństwo skończyło się; biskup, asystą otoczony, odszedł od ołtarza, a Zygmunt
nie poruszał się z miejsca, oczy mając utkwione w książce i wąskimi wargami nieustannie
poruszając. Sieóieli też i panowie w stallach, i mieszczanie w ławkach, nikt bowiem nie
chciał monarchy w wyjściu z kościoła wyprzeóać.
Wreszcie z ust bladych wybiegło westchnienie, woskowa twarz pochyliła się automa-
tycznie i dłoń koścista trzykrotnie, z całej mocy, uderzyła w piersi. [ Pobierz całość w formacie PDF ]