[ Pobierz całość w formacie PDF ]

zastępcę i jego towarzysza w miejscu. Dostrzegłszy
machającego do nich kompana, ruszyli szybkim krokiem
w jego kierunku.
Sarthus przyglądał się czemuś leżącemu na drodze.
Quen na powrót przypasał miecz i spojrzał na znalezisko.
 Worek?  Przyklęknął na piaszczystej ścieżce i
sprawnie rozsupłał rzemień; po czym unosząc lekko
tobołek w górę, wysypał jego zawartość na ziemię.
Oczom zwiadowców ukazały się cztery sztylety
różnej wielkości, kołczan ze strzałami i kilka sztuk
odzieży. Zaskoczeni spojrzeli po sobie. Mężczyzna
podniósł do oczu materiał, który po bliższych oględzinach
okazał się suknią.
 Kobieta?  Jeszcze raz popatrzył na tobołek i
pokręcił z niedowierzaniem głową. Potem zaczął wciskać
na oślep rzeczy z powrotem do środka.
 Chyba będziesz miał kłopoty, Quen, jak znajdziemy
właścicielkę tego worka  rzucił niewinnie Sarthus.
 A nie wygląda na to, aby była pokojowo
nastawiona  dodał Trevor.
 Nie wiem, czy zauważyłeś, ale niewiasty nie lubią,
kiedy gniecie się lub brudzi ich odzienie  kontynuował
kpiącym tonem Sarthus.  A ty zdążyłeś zrobić i jedno, i
drugie.
 Piszczą wtedy: och nie, moja suknia, och nie, mój...
 Trevor urwał, widząc minę zastępcy.
 Jeśli znajdziemy ją żywą  odezwał się ponuro
Quen.
To wystarczyło, żeby obaj kompani uspokoili się, w
lot rozumiejąc powagę sytuacji. Odchrząknęli i już bez
zbędnych słów ruszyli w stronę pobliskich krzewów,
rozglądając się uważnie na boki.
 Tutaj.  Quen pierwszy zauważył ciemny kształt
leżący nieopodal jednego ze starych, rozłożystych drzew.
Podszedł i pochylił się ostrożnie nad nieprzytomną,
jasnowłosą dziewczyną, wyglądającą na Iltaryjkę. W dłoni
ściskała nóż. Mężczyzna przytrzymał jej nadgarstek, by
delikatnie wyjąć ostrze, i odrzucił sztylet dalej.
 Mówiłem, że nie będzie nastawiona pokojowo... 
zauważył Trev.
 No to mamy zgubę  mruknął pod nosem Quen,
odwracając dziewczynę na plecy i sprawdzając, czy
oddycha. Odgarnął kosmyki z bladej twarzy, zauważając
ranę na czole.  %7łyje  odezwał się po dłuższej chwili. 
Sarth, przyprowadz konia. Trev, wez jej rzeczy. I
zawołajcie Morhta.
 To chyba jednak dostanie ci się za zabrudzenie
sukni  rzucił jeszcze Sarthus z wyrazną ulgą w głosie,
oddalając się spiesznie.
Znalezienie trupa w okolicach zamku nie wróżyłoby
niczego dobrego.
* * *
Głosy raz zbliżały się, to znów oddalały. Kyla
początkowo nie umiała ich rozróżnić. Nie wiedziała
nawet, do kogo należą. Oby do kobiet. Mężczyzni bywali
nieprzyjemni i grozni, brutalni i bezlitośni. Starsze
kobiety w wiosce często wspominały czasy, kiedy bandy
rabusiów krążyły po okolicznych lasach. Zdarzało się, że
uprowadzili którąś z dziewcząt; potem odsyłali ją do
wioski posiniaczoną i zhańbioną. Może to też taka banda?
A może to grupa zabłąkanych Vartheńczyków słynących z
okrucieństwa?
Głosy zlewały się w ogólny gwar, z którego nie
potrafiła wyłowić poszczególnych słów. Miała wrażenie,
że cały świat wiruje niczym obracający się szybko
wiatraczek w ręku rozbawionego dziecka. Tylko że ów
wiatraczek szalał teraz w jej głowie. A może to był
wściekle wirujący bąk? %7łołądek zaczął jej podchodzić do
gardła. Pod plecami czuła twardą, chłodną ziemię. Czyjeś
ręce obmacywały bezceremonialnie jej ciało, uciskając
boleśnie. Na bladej twarzy dziewczyny pojawił się lekki
grymas. Ostatnio badała ją w taki sposób Rebeka, kiedy
spadła z drzewa, na które wspinała się razem z Evanem.
 Chyba nic sobie nie złamała  dotarł do niej męski
głos, niski i stłumiony.  Nie, to nie jej krew. 
Mężczyzna zapewne odpowiadał komuś na pytanie. 
Może polowała wcześniej. Plamy są zaschnięte, nie
wyglądają na świeże.
Czyjeś ręce mięły koszulę Kyli  poczuła chłód, gdy
odsłoniły fragment brzucha. Natrętne palce zatrzymały
się, gdy zadrżała z zimna. Musnęły odsłoniętą skórę, [ Pobierz całość w formacie PDF ]