[ Pobierz całość w formacie PDF ]

która przepadła tymczasem gdzieś w ciemnościach nocy na wschodzie  nie dosięgnęła
barki z boku, nie zdołała jej więc przewrócić na drugą burtę.
Wprawdzie prawa burta barki zniknęła na ułamek sekundy pod wodą, która lunęła
do wnętrza, ale wnet wydostała się na powierzchnię, a łódz wyprostowawszy się stanęła
znowu dziobem do fali.
Szybko też ucichły okrzyki przerażenia. Ludzi nie przygotowanych fala rzuciła na deski.
 Nie brak nikogo?  krzyknął Brent starając się przekrzyczeć huk burzy.
Posypały się chaotyczne meldunki  okazało się, że są wszyscy.
 Do pioruna, a już niewiele brakowało!  westchnął z ulgą Dick do Harrego. 
Znalezliśmy się niemal bezpośrednio w oku cyklonu! Ależ ten White to majster! Gdyby nie
on, już bylibyśmy w wodzie!
 Wszyscy do czerpania wody! Stanton, Warren i Connor do żagli!  wołał ten właśnie
majster od steru, zdając go sternikowi.
Harrego uderzył fakt że głos White a brzmi jakoś bardzo donośnie. Teraz dopiero
zauważył, że wiatr  jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki  ucichł zupełnie, tylko
fala wzdymała się jeszcze wysoko.  Tanah pozbawiona siły wiatru, która trzymała ją przy
dryfkotwie, smętnie zataczała się na falach, biorąc raz po raz solidny tusz.
Teraz dryfkotwa była już niepotrzebna; White podszedłszy, by pokierować stawianiem
żagli, kazał ją wyciągnąć na pokład.
 Sądzi pan, że obejdziemy się już bez niej?  spytał Brent.
 Na nic już się nam nie przyda  odparł White.  W tej chwili jest cisza, ale za chwilę
znowu się zacznie, tym razem od wschodu. Trzeba wykorzystać ten wiatr, by dotrzeć gdzie
należy. Zresztą i tak musimy to zrobić. Wiatr wzburzy morze w przeciwnym niż dotychczas
kierunku, fale będą się krzyżowały na wszelkie możliwe strony.
To już nie będzie jednokierunkowa fala, nieodzowna, by dryfkotwa mogła działać.
Rzucał wyjaśnienia urywanymi zdaniami na przemian z rozkazami dla ludzi stawiających
żagle. Najpierw kazał postawić fok na dziobie; chociaż wiatr był jeszcze słaby, dziki taniec
barki złagodniał nieco, ustały także gwałtowne bryzgi wody. Zrefowany do połowy grot
postawiono tak, aby nie chwytał pełnego wiatru.
Niemal wszystko już było gotowe, gdy od wschodu nadeszło pierwsze uderzenie wiatru.
Krótki, gwałtowny poryw naparł na żagle, liny zajęczały głucho  płótno z głośnym łopotem
chwytało wiatr. Przez sekundę zdawało się, że liny popękają jak cienkie sznurki, na szczęście
jednak wytrzymały: barka stękając żałośnie wspięła się na fale jak koń zdopingowany ostrogą
jezdzca. I natychmiast podjęła szaleńczy wyścig z falami.
Trwał on aż do wczesnych godzin rannych.
Chociaż łódz szła pod zrefowanym żaglem, płynąc zaledwie połową siły wiatru, gnała
jednak jak jacht regatowy. Daremnie fale starały się ją dogonić: wiatr pędził ją z szybkością
co najmniej piętnastu mil kursem wprost na zachód. White miał w tej chwili tylko jedno
gorące pragnienie: by szeroko rozrzucone Wyspy Sabalan zostały po lewej stronie barki i nie
zagrodziły jej drogi skałami podmorskimi. Powinny tam jeszcze być gdzieś z boku rafy De
Brila, niezbyt co prawda rozległe  ale trzeba by już specjalnego pecha, by właśnie musieli
się na nie natknąć.
Tej nocy nikt już nie spał. Gdy wstawał blady świt  a dzień zapowiadał się pochmurny
i słotny  ludzie z podwachty pokładli się spać. White rozdzielił załogę tak, że do obu wacht
wchodziła jednakowa ilość zawodowych marynarzy. Ponieważ teraz powodzenie całej
wyprawy zależało od prowadzenia barki, za zgodą Brenta postawił na czele drugiej wachty
wytrawnego starszego bosmana, Connora. Sam starał się sypiać jak najmniej, ale gdy rankiem
wiatr złagodniał trochę i fala opadła, musiał pójść odpocząć. Connor chciał, by White dobrze
się wyspał. Gdy wiatr zelżał jeszcze bardziej, po naradzie z Brentem kazał rozwinąć grot
całkowicie i chwytać pełny wiatr, by jak najbardziej wykorzystać jego przychylny kierunek.
Przechylona lekko na prawą burtę barka płynęła na zachód z nieznacznie tylko mniejszą
szybkością. Connor na maszcie rozglądał się uważnie, wypatrywał na północ i południe,
szukając raf De Brila i Wysp Sabalan. Nie widząc ich nigdzie doszedł do przekonania, że
zapewne minęli je jeszcze w nocy. Położenia ich nie mógł wyznaczyć, gdyż tego dnia słońce
ani na chwilę nie ukazało się spoza chmur, które ciemnymi zwałami przeganiały po szarym,
mglistym niebie. Ale jeszcze przed południem zauważył grupę wysp na południu,
a w znacznie większej odległości na północ szarawą, niewyrazną smugę stałego lądu.
Przypuszczał więc, że znajdują się między Wyspami Kangean i przylądkiem Selatan,
najbardziej na południe wysuniętym cyplem olbrzymiej wyspy Borneo.
Informacja ta ogromnie ucieszyła Brenta. Wydał rozkaz nie zmniejszania szybkości łodzi
i utrzymywania się na dotychczasowym, zachodnim kursie.
A jednak w godzinę pózniej trzeba było obudzić śpiącego po męczącej, bezsennej nocy
White a  okazało się, że do barki dostaje się woda.
 Szczelina na rufie, gdzieś nad stępką  zdecydował White obejrzawszy pobieżnie,
gdzie barka przeciekała.  Musimy dostać się do brzegu i to szybko.
Polecił uruchomić obie pompy ręczne; mimo wszelkich wysiłków wody przybywało
powoli lecz stale. Nie podobna było usunąć podłogi i dostać się do stępki  taką rzecz można [ Pobierz całość w formacie PDF ]