[ Pobierz całość w formacie PDF ]

bynajmniej tego nie chciałem. - Był naprawdę straszliwie przybity, ale nie wyglądał na
sześćdziesiąt lat. Wyglądał i czuł się jak nastolatek w odwiedzinach u szkolnej koleżanki,
która nie chce z nim chodzić. - Wiem, jak ci teraz ciężko, przepraszam, że jeszcze ci
dokładałem zmartwień.
- Nieprawda, Jack - odrzekła łagodnie, patrząc mu w oczy. Robiła wrażenie równie
nieszczęśliwej jak on, ale chociaż była wewnętrznie rozdarta, nie miała pojęcia, jak temu
zaradzić. - Nie powinnam tego mówić, ale bardzo mi ciebie brakuje.
Zdołał zachować kamienny wyraz twarzy, lecz serce omal nie wyskoczyło mu z piersi.
- Naprawdę? Od kiedy?
- Od kilku dni. Chciałam z tobą porozmawiać, chciałam cię zobaczyć... Bóg mi
świadkiem, że nie wiem, co robię.
- Ani ja. Czułem się jak ostatni głupiec, jak największy natręt w historii świata.
Próbowałem zostawić cię samą, bo myślałem, że tego chcesz.
- I chciałam. - Powiedziała to jednak z dziwną nutką w głosie.
- A teraz? - Czekał ze wstrzymanym oddechem.
- Sama nie wiem. - Znowu spojrzała mu w oczy koloru kamei. Pragnął ją pocałować,
choć wiedział, że nie może.
- Nie spiesz się. Nie musisz podejmować żadnych decyzji. Powoli. Jestem tu. Nigdzie
nie wyjeżdżam... - I nagle o czymś sobie przypomniał. - Tylko do Lake Tahoe - dodał z
uśmiechem.
- Teraz? - spytała z uśmiechem; naprawdę lubiła jego towarzystwo.
- Nie, pózniej. Muszę jeszcze wpaść do domu i spakować kombinezon. Powinienem
był zrobić to wczoraj, ale leciałem z nóg.
Po chwili rozmowy znowu poczuła się przy nim swobodnie, znowu się z niego śmiała.
Opowiedział jej o incydencie w sklepie, kiedy to dwie aktorki pobiły się o wspólnego
kochanka.
- Wyobrażasz sobie, co by z tym zrobili ci z bulwarówek? Gdyby tylko cokolwiek
zwąchali, obie oskarżyłyby nas o zniesławienie. Szczerze mówiąc, w pełni na to zasługiwały.
- Nie zdradził ich nazwisk i z góry zapowiedział, że tego nie zrobi. W sprawach zawodowych
był zadziwiająco dyskretny. - No więc co zaplanowałaś na weekend? - Nie ponowił
zaproszenia do Lake Tahoe, wiedział, że jeszcze nie pora.
- Niewiele. Może spotkam się z dziećmi, jeśli nie będą zbyt zajęte. Może pójdę do
kina... A ty? Jedziesz z kimś czy sam? - Ciągle próbowała wmówić sobie, że są tylko
przyjaciółmi, że gdyby jechał z kobietą, wcale by ją to nie zabolało, jednocześnie doskonale
wiedziała, że ból byłby nie do zniesienia.
- Nie, sam. Samemu lepiej mi się jezdzi. - Zmęczony udawaniem, wziął ją za rękę. -
Będzie mi ciebie brakowało. - Amanda milczała, lecz gdy tylko spojrzała mu w oczy...
Stopiłby się przy niej nawet w azbestowym kombinezonie. - Co robisz na .sylwestra? - rzucił
obojętnie.
Roześmiała się.
- To samo, co zwykle. Matthew nie cierpiał sylwestra. Kładliśmy się spać o dziesiątej
wieczorem, a następnego ranka życzyliśmy sobie szczęśliwego Nowego Roku.
- Porywające - rzekł z uśmiechem.
- A ty? - spytała ciekawie.
- W tym roku spędzę go mniej więcej tak samo jak ty. Nie wiem, może zostanę w
Lake Tahoe. - Spojrzał na nią i nagle poczuł się głupio. - Chociaż... moglibyśmy to sobie
trochę urozmaicić. Moglibyśmy zostać tutaj, razem. Wyłącznie jako przyjaciele, rzecz jasna.
Chodzilibyśmy do kina, oglądalibyśmy telewizję. Już nie muszę harować w sklepie, a
przecież nie ma takiego prawa, które mówi, że nie możemy być przyjaciółmi, prawda?
- A twoje narty?
- I tak mam koślawe nogi. Mój ortopeda na pewno by ci podziękował.
- No, a... No wiesz, a potem? To mnie najbardziej przeraża. - Dziwne, ale wobec Jacka
zawsze mogła zdobyć się na całkowitą szczerość.
- Nie musimy się o to martwić. Co to kogo może obchodzić? Na urlopie mamy prawo
być sami. Niby komu mielibyśmy coś udowadniać? Mnie? Tobie? Naszym dzieciom?
Mattowi? Minął już cały rok, spłaciłaś swój dług. Mamy prawo do odrobiny radości i do
przyjazni. Jakie kłopoty mogą wyniknąć z pójścia do kina? - Zabrzmiało to bardzo
przekonywająco.
- Z tobą? Pewnie większe, niż mogę to sobie wyobrazić.
- Usiądę w ostatnim rzędzie, nawet do ciebie nie podejdę.
- Zwariowałeś. - Pokręciła głową. Powiedz: nie, nakazywała sobie w duchu, wyrzuć
go stąd. Ale był taki ujmujący... [ Pobierz całość w formacie PDF ]