[ Pobierz całość w formacie PDF ]

jakie poczynił w ciągu ostatnich kilku tygodni, nic nie
znaczyły? A mo\e chodziło o osobiste uprzedzenie wobec
niej samej?
Posmutniała. Nie chciał dać jej szansy obrony.
85
- Angelo - próbował pogładzić jej policzek. - Nie rób
tak. Jestem po twojej stronie.
- Naprawdę? - Odepchnęła jego dłoń i cofnęła się. -
Posiadam dowody na poparcie słuszności mojej metody.
Będziesz musiał je zaakceptować. Niczego nie zmienię.
Obiecałeś mi miesięczną współpracę i doprowadzimy to
zadanie do końca.
- I zaryzykujesz własną karierą?
- Dzieci są wa\niejsze - odpowiedziała. - Do tej pory
nie miały szans poprawy swego losu. Ludzie z zewnątrz
uwa\ają, \e mieszkańcy dzielnic dla kolorowych, biedacy,
imigranci z Meksyku są niegodni zaufania lub, co gorsza,
głupsi. Dlatego ja...
- Nie prowadzimy dysputy socjologicznej - przerwał. -
Boję się o przyszłość twojej klasy.
- Więc przypatrz się uwa\nie mojej klasie. Uczniowie
mają zasób wiadomości dorównujący drugoklasistom i
udowadniają, \e opinia społeczna jest w błędzie. A wiesz,
dlaczego?
- Na pewno mi to powiesz. - Uśmiechnął się kwaśno.
- Dzięki mojej metodzie, panie de la Cruz. Komplekso-
wej metodzie nauczania. - Zauwa\yła jego minę. - To
bardzo bystre dzieciaki. Hamujemy ich rozwój intelektual-
ny, stosując niewłaściwe sposoby wychowania...
Azy pociekły jej po policzkach.
- Nie musisz tego udowadniać - powiedział uspokaja-
jąco Ricardo. - Jesteś zdenerwowana i...
- Muszę. Dzieci mnie potrzebują. Rzadko kogo obcho-
dzi... - głos jej się załamał, poczuła ucisk w gardle.
Ricardo przyciągnął ją do siebie. Próbowała umknąć,
nie chciała korzystać z chwili relaksu, jaki jej zaoferował.
- Przestań - powiedział miękko.
86
- Puść mnie.
Zacisnął uchwyt.
- Mylisz się. Bardzo mnie obchodzi los tych dzieci.
Wyparowała z niej cała bojowość. Oparła głowę na pier-
si mę\czyzny i rozpłakała się.
- Obchodzi mnie ich los - mruczał Ricardo z twarzą
ukrytą w jej włosach. - I twój tak\e.
Czy tak było naprawdę? Czy mogła wierzyć człowieko-
wi, który wątpił w jej umiejętności zawodowe?
- Lepiej trochę? - spytał i odchylił się, aby zobaczyć
wyraz jej twarzy.
Angela spuściła powieki.
- Przepraszam. - Próbowała powstrzymać łzy. - Lepiej
będzie, jak wrócę do klasy.
- Nie. Odpocznij chwilę. - Jedną dłonią przycisnął jej
głowę do swego ciała. - Oboje mieliśmy cię\ki dzień.
Potrzeba nam nieco spokoju.
Dr\ał. Angela zrozumiała, \e jest mu przykro w tym
samym stopniu jak jej samej.
Bezwiednie objęła go ramionami. Czuła, jak jego mięś-
nie naprę\yły się pod jej dotykiem. Słyszała bicie serca.
Oparła wilgotny policzek na jego piersi.
Przytulił ją mocniej. Miała wra\enie, jakby pozostawali
złączeni w uścisku przez całą wieczność...
- Angelo, co się stało? - Głos pani Edwards wdarł się
w jej marzenia.
Szybko odsunęła się od Ricarda.
- Miała sporo wra\eń. - Ricardo wyjaśnił całe zajście.
- Och... lepiej spiszmy protokół.
Angela odeszła kilka kroków w bok.
- Jeśli zakład ubezpieczeń odmówi wypłaty odszkodo-
wania, sama pokryję straty.
87
- Nonsens. - Pani Edwards pokręciła głową. - Jestem
pewna, \e zapłacą za wszystko. Pan de la Cruz musi jedy-
nie uzbroić się w cierpliwość, poniewa\ zwykle trwa to
trochę czasu.
- Nie ma sprawy - uspokajał Ricardo wzburzoną dyre-
ktorkę. - Ju\ mówiłem Angeli, \e kamera jest ubezpieczo-
na.
Dalsza dyskusja stała się bezprzedmiotowa, gdy\ Ricar-
do nalegał, aby po prostu zapomniano o wszystkim. W
końcu Angela ustąpiła.
- Powinnam wracać do klasy - powiedziała.
- Jest tam Maria - przypomniała jej pani Edwards.
Angela czuła narastający ból głowy. Jedynym jej pra-
gnieniem był szybki powrót do domu. Na szczęście pani
Edwards wpadła na ten sam pomysł.
- Za kilka minut dzwonek - powiedziała. - Zawiado-
mię Marię, \eby zwolniła twoją klasę.
- To niepotrzebne... - zaczęła Angela, ale dyrektorka
nie pozwoliła jej skończyć.
- Wszystko będzie w porządku. Musisz odpocząć.
- Nie mogę. Wsiądę w autobus i...
- Odwiozę cię - wtrącił Ricardo.
- Znakomity pomysł - zawołała pani Edwards, nim
Angela zdą\yła zaprotestować. - Zawsze tracisz na dojaz-
dy zbyt wiele czasu. Zasługujesz, aby choć raz być wcześ-
niej w domu.
- Nie mo\esz zaprzeczyć - uśmiechnął się Ricardo. -
Chodzmy zabrać twoje rzeczy.
- Pozwolę ci odwiezć mnie do domu - ustąpiła - ale naj -
pierw zajrzę do klasy.
Kątem oka dostrzegła jakiś ruch. To była Lupe, która od
dłu\szego czasu obserwowała jej rozmowę z Ricardem.
88
Znakomicie. Tylko tego brakowało. Angela otworzyła
drzwi, gotowa do natychmiastowego wyjścia.
- Angelo... - Ricardo próbował coś powiedzieć, ale
młoda kobieta nie pozwoliła mu skończyć.
- Dzieci prawdopodobnie martwią się tym, co zaszło.
Muszę im powiedzieć, \e wszystko w porządku.
Caramba! Co za uparta kobieta! Idąc obok niej obser-
wował, jak lekko kołysze biodrami. Wcią\ czuł dotyk jej
dłoni na swoim ciele.
Gdy doszli do drzwi klasy, Angela zatrzymała się i spy-
tała z nieoczekiwaną nutą wesołości w głosie:
- Mo\e być nieco wzruszeń. Chcesz poczekać na zew-
nątrz?
- Dam sobie radę. - Zrobił minę i podą\ył za nią do
klasy. Na widok wchodzącej Angeli w pomieszczeniu za-
padła cisza. Kobieta spokojnym głosem wyjaśniła ucz-
niom, \e nie powinni się martwić i \e do końca lekcji
pozostaną pod opieką Marii.
Jedna z dziewczynek zerwała się z miejsca w rogu sali.
Rzuciła się z taką siłą w ramiona Angeli, \e Ricardo musiał
podtrzymać ramieniem plecy nauczycielki, aby nie upadła.
Azy szczęścia i ulgi popłynęły po policzkach dziew-
czynki. Angela usiadła na pobliskim krześle i posadziła
sobie dziecko na kolanach. Ricardo udał, \e nie dostrzega
jej znaczącego spojrzenia. Powiódł wzrokiem po sali. Inni
uczniowie równie\ opuścili swe miejsca. Angela rozwarła
ramiona, nakłaniając ich, aby podeszli bli\ej.
- Nie musicie się bać pana de la Cruz. On wie, \e to był
tylko wypadek.
Dzieci otoczyły Angelę. Zadawały jej miliony pytań
i Ricardo pojął, \e miała rację, wracając do klasy. Ucznio-
wie musieli przekonać się, \e ich pani się nie złości.
89
Kilkoro malców podeszło tak\e do niego. Mę\czyzna
przyklęknął. Drobne rączki otoczyły jego szyję.
Szczerość i czułość dzieci poruszyły go do głębi. Popa-
trzył w górę i napotkał spojrzenie Angeli. Połączyła ich nić
zrozumienia. Jeden z malców wdrapał się na kolana Ricar-
da i mocno przytulił do jego szyi. Angela z trudem zacho-
wywała powa\ną minę. Spokój i poczucie humoru były
czymś nieodzownym podczas pracy z tak du\ą liczbą dzie-
ci.
Z drzwi wiodących na zaplecze sali wyłonił się Ken. [ Pobierz całość w formacie PDF ]